Jestem, jestem z powrotem.
Cóż, przez wiele dni nie miałam internetu i nie ma sensu teraz nadrabiać zbyt dokładnie. Postaram się od teraz znów zachować rytm pisania.
Co się wydarzyło w ciągu ostatnich 18 dni..?
Najprościej powiedzieć, że oswajam miasto i staram się wyczuć jego puls.
Dobre sploty wydarzeń, wspaniali ludzie i piękna pogoda mnie nie opuszczają- więc jestem pełna optymizmu i nie mogę doczekać się jutra!
Jak oswaja się miasto?
Nie - zwiedzając je, ale mieszkając w nim.
Robiąc to, co robią mieszkańcy. Pracując, ucierając swoje ścieżki, ulubione knajpki i sklepy, poznając najsmaczniejsze dania lokalnej kuchni, czytając gazety, rozmawiając z sąsiadami, poznając mapę miasta mimochodem, przechodząc koło zabytków, nie wchodząc do każdego z nich żeby w pięć minut oblecieć, a korzystać na spokojnie w wolnych chwilach z miejscowych muzeów i lokalnych galerii. Patrzeć, jak zachowują się ludzie wokół, jaki mają rytm, jak się witają, jak są otwarci, poczuć się częścią tej kolorowej masy choć na chwilę. Tak starałam się robić w trakcie moich dotychczasowych podróży- zawsze starałam się chodzić bez plecaka, zlewać się z tłumem sposobem ubrania; nie straszyć lustrzanka na szyi; jedząc potrawy w miejscach, gdzie jedzą mieszkańcy, a nie turyści, kupować na bazarach, spróbować poczuć, jakby to było, gdyby to był jeden z moich wielu dni w tym mieście. Nigdy nie kupuję pamiątek i nie wysyłam kartek, bo zakładam, że to jeden z przystanków, że jeszcze na pewno tu wrócę - kiedy tylko najdzie mnie ochota! i że mam już tam ulubioną kawiarnię i ulubiony krawężnik gdzie można wypić piwo albo po prostu jest fajnie posiedzieć, i sklep, gdzie pamiętam że była miła pani i jak tu będę następnym razem to kupię u niej.
Tak więc - oswajam Londyn. Staram się. To dużo trudniejsze niż oswajanie Lwowa,czy Irkucka, Odessy czy Sigishoary, Czerniowiec, Ułan Ude, czy Kijowa. Londyn to państwo, a nie miasto. Na razie obserwuję i staram się rozpoznać - którędy płynie krew, którędy idą drogi, rozeznać w dzielnicach i zwyczajach, staram się wbić w nurt i płynąć.
Mam już legalną pracę na pełny etat, którą coraz bardziej lubię. Z widokiem na Tamizę z jednej strony, i na ogrody z drugiej. Mam ubite ścieżki do pracy, mam ulubiony stolik w pubie obok i już zaprzyjaźnioną barmankę tamże. Mam sklep, gdzie lubię kupować guinessa albo cidera po pracy, i mam miejsca nad Tamizą, lubię usiąść z zakupionym napojem (najbardziej- po drugiej stronie rzeki, pod Tate. Tam zawsze jest dużo muzyków. I Zwanik, który rysuje i sprzedaje swoje obrazki).
Mam już ulubioną kawiarnię w okolicy miejsca zamieszkania, gdzie niezbyt smaczną kawę i pyszne ciastka podaje przemiły pan z północnej Rumunii. Mam ulubiony sklep z butami na Oxford Street (przy nastęnej wypłacie wykupię cały asortyment!:) i nową fryzurę u nowego ulubionego fryzjera- Ashfort'a. Wiem, z czym najbardziej mi smakuje english breakfest, jakie pyszne przekąski (sushi! karczochy w oliwie!), humusy, sałatki (z sosem z pomarańczy i świezym szpinakiem...) i desery (i koktail z krewetek!!!) mogę kupić w M&S.
Mam już uzupełnioną szafę (buty, ciuchy..), dużo czytania (magazyny), tylko elektroniki mi brak jeszcze - nie mam suszarki do włosów, mam pożyczony telefon, bo mój nowy padł i pojechał z gwarancją do Polski; mam moją starą styraną lustrzankę, którą czas wymienić na nowszy model. Planuję kupić aparat i laptop lub/i tablet.
Mam wynajęte lokum, które czeka na mnie w południowym Londynie, w 3 zonie. Przeprowadzam się w poniedziałek. Ale dom to osobna historia i napiszę o tym jutro :) W każdym razie nie mogę się doczekać!!!
Mam też całą kolekcję pocztówek które zrobiłam kiedy jeszcze nie pracowałam, mam nowych znajomych z pracy, i mam Yassena z którym umawiamy się na piwo- on też przyjechał dopiero do Londynu, z Francji - będziemy razem poznawać miasto. Mam Guillaume'a, z którym w pierwsze wolne popołudnie idziemy grać w pingponga. A w sobotę idę na urodziny Adama, którego dziś poznałam, i który pracuje w Muzeum Designu. A od poniedziałku będę miała ok 50 nowych znajomych z całego świata- ale to, jak już wspomniałam, osobna historia. W każdym bądź razie- będzie co fotografować :)
Długa droga jeszcze przede mną, jeśli chodzi o oswajanie, ale jestem tu niecały miesiąc, jeszcze mam czas:)
To tyle na dziś. Czas spać. Jutro ponadrabiam jeszcze blogowe zaległości. A potem wezmę się za życie na bieżąco.
Na śniadanie zjem tosty z syropem klonowym.
A potem wsiądę w pociąg do London Victoria, na siedzeniach będą czekać gazety Metro, i pewnie znowu będzie świecić słońce... :)
Kochanie ostatni wpis jest... boski! Jest jak strona z książki, którą już od dawna się czyta i nie nie chce się skończyć ;)
OdpowiedzUsuńTęsknimy za Tobą bardzo :******
Rolnikowa
P.S. Wyglądasz świetnie :3