Myślę, że dojdę do 50 dnia (żeby było okrągło!) i zawieszę ten blog. Już się rozgościłam w UK, to już nie są English Days tylko moje nowe równoległe na chwilę życie; już wiem, where is Gazinku. Mam już trochę nowych znajomych i mam z kim spędzać czas, potrzeba wygadania się o moich przeżyciach stopniowo się zmniejsza. Zresztą tyle się dzieje, że nie nadążam z pisaniem... i mam w sumie więcej fajnych rzeczy do roboty, zamiast siedzieć przy kompie.
Moja dzielnia:
Jutro np. mamy znów spróbować pójść grać w tenisa, z Winem. Jeśli znowu pogoda nie przyatakuje. I chcę sobie jutro kupić wielki sweter, i kocyk, i ciepłe spodnie do biegania i grania. A potem umówiona jestem z Germanem znad Rzeki w jego fabryce. Mamy robić zdjęcia. Wspominał też coś o party..?
Pojutrze po południu spotykam się z Michałem i też będziemy robić zdjęcia. A w piątek z Thomasem! Którego poznałam na festiwalu w Gucy w Serbii kilka lat temu. Bardzo się cieszę na to spotkanie. I jeszcze mam zobaczyć się z Manuelem, którego nie widziałam tysiąc lat, i również będzie wspaniale znów się zobaczyć!
Myślę, że chciałabym zacząć chodzić na basen. Brakuje mi sportu, bieganie i pingpong raz w tygodniu to za mało!
A tu jeszcze chciałabym napisać o wystawie Haeterwicka, i o Tanks w Tate, i jeszcze o Designers In Residence w Muzeum Dizajnu... Ale już jestem zbyt śpiąca.
Myślę, że zawieszę mój blog prywatny, i założę kolejny blog, poświęcony fotografii w Londynie, i - okazjonalnie - modern art. No, i jeszcze powstanie strona projektu, z którym startuję. Tytuł roboczy- 2BLL / 2BLikeALondoner.
A tak wygląda mój przyjazny lokalny kościół w księżycową noc!
Dobrze, że go nie widzę z okna ;)
niedziela, 30 września 2012
English Day No. 41. Michael Marten
Kilka dni temu wstąpiłam do Oxo Gallery zobaczyć najnowszą wystawę: Sea Change. Photographs by Michael Marten (22-30.IX).
Michael fotografuje brzegi Wielkiej Brytanii, pokazuje, jak bardzo zmienny może być ten sam widok przed przypływem i w trakcie. Piękne fotografie. Tym, co buduje specyficzne napięcie jest fakt, że każdych kilka ujęć konkretnych miejsc wykonano dokładnie z tego samego punku widzenia; kadry są identyczne, jedynie krajobraz wewnątrz się zmienia.
Michael Marten urodził się w Londynie, zaczął robić zdjęcia jako nastolatek, i nie przestał do dziś. W 1979 roku utworzył agencję Science Photo Library. Jest współautorem książek: "Worlds Within Worlds" (1978), "The New Astronomy" (1983), Microcosmos (1987), "The Particle Oddysey" (2002). Nad cyklem: Sea Change: A Tidal Journey rozpoczął pracę w 2003 roku.
Bardzo ciekawy projekt, pięknie wykonany. Wydany również w formie książki. Można kupić w polskim Empiku: PATRZ.
Wystawę można oglądać codziennie między 10:30 am a 6:30 pm.
Michael fotografuje brzegi Wielkiej Brytanii, pokazuje, jak bardzo zmienny może być ten sam widok przed przypływem i w trakcie. Piękne fotografie. Tym, co buduje specyficzne napięcie jest fakt, że każdych kilka ujęć konkretnych miejsc wykonano dokładnie z tego samego punku widzenia; kadry są identyczne, jedynie krajobraz wewnątrz się zmienia.
Michael Marten urodził się w Londynie, zaczął robić zdjęcia jako nastolatek, i nie przestał do dziś. W 1979 roku utworzył agencję Science Photo Library. Jest współautorem książek: "Worlds Within Worlds" (1978), "The New Astronomy" (1983), Microcosmos (1987), "The Particle Oddysey" (2002). Nad cyklem: Sea Change: A Tidal Journey rozpoczął pracę w 2003 roku.
Bardzo ciekawy projekt, pięknie wykonany. Wydany również w formie książki. Można kupić w polskim Empiku: PATRZ.
Wystawę można oglądać codziennie między 10:30 am a 6:30 pm.
English Day No. 41. Menu dnia.
Jako niepoprawny łasuch i łakomczuch, nie mogę nacieszyć się tutejszą różnorodnością kulinarną. Chyba nigdy tyle nie jadłam w życiu, co teraz. To wszystko jest tak wspaniałe, że poświęcę temu osobną notkę :)
Przede wszystkim zakochana jestem po uszy w english breakfast. Codziennie rano zaczynam on filiżanki gorącego mleka posypanego czekoladą cadbury, a potem pożeram cały talerz angielskich specjałów, a najczęstszy skład mojego śniadania to: kiełbaska (z angielska musztardą), hush brown (coś w rodzaju placka ziemniaczanego), pieczarki z masłem, jajko na oliwie, pomidory i tosty z dżemem pomarańczowym. Do tego mięta albo rumianek. Nie mogę polubić słynnej fasolki w pomidorach. Jakoś jest dla mnie zbyt mdła.
Lunch też typowo angielski - shepards pie, jacket potato z tuńczykiem i majonezem, albo z cheddarem i dużą ilością masła- jeszcze lepiej! Scampi (homar) w panierce, albo burger, albo grillowany kurczak, dużo sałaty, ryż, frytki. Albo nie angielsko: sushi, curry, eksperymenty z tysiącem egzotycznych warzyw. Mam zapas kuskus, ryżu basmanti, soczewicy, cieciorki, i przypraw azjatyckiej kuchni których nie umiem przetłumaczyć.. i oczywiście kolendry.
Nie mogę nacieszyć się sokami - lychee, mango, guava, arbuz, mleko kokosowe. Dziś wypróbowałam miejscowy podpiwek. A z alkoholi- guiness oczywiście. Green label. Timemean - wheat również. I cidery, zwłaszcza gruszkowe. A kiedy nie mogę kupić nic miejscowego- posmakowałam też w Fosterze.
Ze słodyczy- mille-feuilles.
W lodówce mam crunchy pickle (warzywa w kostce w gęstym ciemnym kwaśnym sosie), mix pikli indyskich, raitę z miętą, humus, warzywa - piccadilly.
Na kolację jadłam dziś ciabattę z guacamole (pasta z avocado, pmidorów, lemonki i smietanki z dodatkiem chilli, czosnku, limonki i oczywiście kolendry), posypaną pokrojoną samphire, popijaną amerykańską zupą- kremem butternut squash.
A dziś byłam na zakupach, i kupiłam to:
To małe jasne nazywają garden egg, i jest to z rodziny bakłażanów. Własnie zasypałam solą na noc, żeby pozbyć się goryczy. Podobno tak trzeba.
To co wygląda jak avocado- to nie avocado, tylko guava. Czy bardzo zdrowy i smaczny owoc, spożywany najchętniej na surowo :)
Kolejny przedmiot- to pół owocu chlebowego. Podobno jest niezwykle pożywny i smakuje jak świeży chleb.
Poniżej- snake guard. Dalej - drumstick (podobno smakuje jak szparagi), oraz mooly.
A do tej pory spróbowałam jeszcze okry - okazała się bardzo smaczna. To niepozorne małe zielone warzywa przypominające kształtem wąskie papryczki. Myje się je, kroi i np. gotuje kilka minut. Ja robiłam ostatnio z pomidorami, chilli i kolendrą i była super. Podobno jest bardzo zdrowa. I bardzo popularna w wielu krajach. I niezwykle prosta w przygotowaniu, tania i uniwersalna.
Wszystko, co pokazałam na zdjęciu, będę próbować jutro, gdyż jutro mam dzień off. Napiszę wtedy, co nadaje się do jedzenia, a co musiałam wyrzucić :)
Przede wszystkim zakochana jestem po uszy w english breakfast. Codziennie rano zaczynam on filiżanki gorącego mleka posypanego czekoladą cadbury, a potem pożeram cały talerz angielskich specjałów, a najczęstszy skład mojego śniadania to: kiełbaska (z angielska musztardą), hush brown (coś w rodzaju placka ziemniaczanego), pieczarki z masłem, jajko na oliwie, pomidory i tosty z dżemem pomarańczowym. Do tego mięta albo rumianek. Nie mogę polubić słynnej fasolki w pomidorach. Jakoś jest dla mnie zbyt mdła.
Lunch też typowo angielski - shepards pie, jacket potato z tuńczykiem i majonezem, albo z cheddarem i dużą ilością masła- jeszcze lepiej! Scampi (homar) w panierce, albo burger, albo grillowany kurczak, dużo sałaty, ryż, frytki. Albo nie angielsko: sushi, curry, eksperymenty z tysiącem egzotycznych warzyw. Mam zapas kuskus, ryżu basmanti, soczewicy, cieciorki, i przypraw azjatyckiej kuchni których nie umiem przetłumaczyć.. i oczywiście kolendry.
Nie mogę nacieszyć się sokami - lychee, mango, guava, arbuz, mleko kokosowe. Dziś wypróbowałam miejscowy podpiwek. A z alkoholi- guiness oczywiście. Green label. Timemean - wheat również. I cidery, zwłaszcza gruszkowe. A kiedy nie mogę kupić nic miejscowego- posmakowałam też w Fosterze.
Ze słodyczy- mille-feuilles.
W lodówce mam crunchy pickle (warzywa w kostce w gęstym ciemnym kwaśnym sosie), mix pikli indyskich, raitę z miętą, humus, warzywa - piccadilly.
Na kolację jadłam dziś ciabattę z guacamole (pasta z avocado, pmidorów, lemonki i smietanki z dodatkiem chilli, czosnku, limonki i oczywiście kolendry), posypaną pokrojoną samphire, popijaną amerykańską zupą- kremem butternut squash.
A dziś byłam na zakupach, i kupiłam to:
To małe jasne nazywają garden egg, i jest to z rodziny bakłażanów. Własnie zasypałam solą na noc, żeby pozbyć się goryczy. Podobno tak trzeba.
To co wygląda jak avocado- to nie avocado, tylko guava. Czy bardzo zdrowy i smaczny owoc, spożywany najchętniej na surowo :)
Kolejny przedmiot- to pół owocu chlebowego. Podobno jest niezwykle pożywny i smakuje jak świeży chleb.
Poniżej- snake guard. Dalej - drumstick (podobno smakuje jak szparagi), oraz mooly.
A do tej pory spróbowałam jeszcze okry - okazała się bardzo smaczna. To niepozorne małe zielone warzywa przypominające kształtem wąskie papryczki. Myje się je, kroi i np. gotuje kilka minut. Ja robiłam ostatnio z pomidorami, chilli i kolendrą i była super. Podobno jest bardzo zdrowa. I bardzo popularna w wielu krajach. I niezwykle prosta w przygotowaniu, tania i uniwersalna.
Wszystko, co pokazałam na zdjęciu, będę próbować jutro, gdyż jutro mam dzień off. Napiszę wtedy, co nadaje się do jedzenia, a co musiałam wyrzucić :)
sobota, 29 września 2012
English Day No. 39/40
Ach, nie wiem kiedy wreszcie opiszę te wszystkie wystawy, które zobaczyłam. Zwłaszcza że dochodzą kolejne. Wczoraj po pracy poszłam do National Gallery rzucić okiem. Budynek robi imponujące wrażenie, wraz z zawartością. Naprzeciwko Słoneczników Van Gogha wisi Cezanne. Jest Turner i Monet., i Picasso. Wszystko na wyciągnięcie ręki, prawie czuć fakturę. Większość czasu spędziłam przy impresjonizmie. Muszę przemyśleć, czemu akurat impresjonizm lubię tak bardzo.
Potem spotkałam się z Adamem i pojechaliśmy do V&A Muzeum, zobaczyć Haetherwicka, którym tak marzyłam, i na którego bilet kupiłam w poniedziałek.Strasznie dużo ludzi, i to bardzo przeszkadzało w odbiorze, ale pewnie dlatego, że to ostatnie dni tej dużej wystawy. Prace Heaterwicka są genialne. Jego zwijane mosty. Pocztówki świąteczne. Mosty ze szkła. Pawilon na Expo. Wszystko jest genialne.
Po muzeum pojechałam na urodziny Nury, było wesoło i kolorowo.
Dziś w pracy był dzień katastrof. Win cały czas siedział w toalecie ze względu na zatrucie po wczorajszej imprezie, Michał się oblał wrzątkiem, ja kopnęłam się tym samym kolanem w tą samą nogę od stołu co wczoraj... Po pracy poszłam biegać, wstawiłam pranie, kładę się spać. Na dole oglądają mecz, nie będzie filmu.
Potem spotkałam się z Adamem i pojechaliśmy do V&A Muzeum, zobaczyć Haetherwicka, którym tak marzyłam, i na którego bilet kupiłam w poniedziałek.Strasznie dużo ludzi, i to bardzo przeszkadzało w odbiorze, ale pewnie dlatego, że to ostatnie dni tej dużej wystawy. Prace Heaterwicka są genialne. Jego zwijane mosty. Pocztówki świąteczne. Mosty ze szkła. Pawilon na Expo. Wszystko jest genialne.
Po muzeum pojechałam na urodziny Nury, było wesoło i kolorowo.
Dziś w pracy był dzień katastrof. Win cały czas siedział w toalecie ze względu na zatrucie po wczorajszej imprezie, Michał się oblał wrzątkiem, ja kopnęłam się tym samym kolanem w tą samą nogę od stołu co wczoraj... Po pracy poszłam biegać, wstawiłam pranie, kładę się spać. Na dole oglądają mecz, nie będzie filmu.
czwartek, 27 września 2012
English Day No 37&38
Dwa dni minęły błyskawicznie.
Wczoraj- na zdjęciach i na miłym wieczorze z Adamem i Stuartem, spędziliśmy parę godzin na rozmowach w bardzo fajnym i przytulnym miejscu; z dość niefajną sytuacją na koniec (maszyna wciągnęła mi 20f, ale Adam mi pomógł i wszystko skończyło się dobrze). Wczoraj byłam też w galerii Oxo na ciekawej wystawie (mam nadzieję, że opiszę wkrótce), i spotkałam Davida. Zmienił troszkę miejsce grania. Poza tunelem nie brzmi to tak głośno. Ale dalej pięknie.
Dziś - spokojny dzień w pracy, słońce cały czas. Popołudnie spędziłam z Guillaume, włóczyliśmy się po Elephant & Castle. Czy kiedy facet pyta na trzecim spotkaniu, czy chciałabyś mieć dzieci, powinnam zacząć się bać?;)
Chcemy iść w sobotę na Salsa Party. Nie mogę się doczekać, nosi mnie, żeby się wyładować. Ale nie wiadomo czy się uda: jutro urodzinowa impreza naszej Nury. W sobotę pracujemy. Czy damy radę przetańczyć sobotnią noc- czas pokaże.
Dziś wieczorem było bardzo fajnie w moim nowym domu. Przegadałam dłuższy czas z Sebą z Argentyny, i z Harrym z Rumunii (podbiłam jego serce posiadaniem czterech płyt ZdobSiZdub na dysku), i uroczą Zeną z Pakistanu. Ustawiłyśmy się na wspólne gotowanie. Grałam też w bilarda, ale chyba nie będę mistrzem podwórka;) Jutro szykuje się tu większa impreza i nie wiem naprawdę, jak zorganizować sobie popołudnie. Zwłaszcza że jeszcze chciałam zrobić zdjęcia Germanowi i Davidowi. I że mam na 20 bilet na Heaterwicka do V&A. No, i potem urodziny. I tu.. jeszcze nie byłam tu na imprezie. A chciałabym się porządniej zintegrować.
moje dylematy.
dobranoc!
Wczoraj- na zdjęciach i na miłym wieczorze z Adamem i Stuartem, spędziliśmy parę godzin na rozmowach w bardzo fajnym i przytulnym miejscu; z dość niefajną sytuacją na koniec (maszyna wciągnęła mi 20f, ale Adam mi pomógł i wszystko skończyło się dobrze). Wczoraj byłam też w galerii Oxo na ciekawej wystawie (mam nadzieję, że opiszę wkrótce), i spotkałam Davida. Zmienił troszkę miejsce grania. Poza tunelem nie brzmi to tak głośno. Ale dalej pięknie.
Dziś - spokojny dzień w pracy, słońce cały czas. Popołudnie spędziłam z Guillaume, włóczyliśmy się po Elephant & Castle. Czy kiedy facet pyta na trzecim spotkaniu, czy chciałabyś mieć dzieci, powinnam zacząć się bać?;)
Chcemy iść w sobotę na Salsa Party. Nie mogę się doczekać, nosi mnie, żeby się wyładować. Ale nie wiadomo czy się uda: jutro urodzinowa impreza naszej Nury. W sobotę pracujemy. Czy damy radę przetańczyć sobotnią noc- czas pokaże.
Dziś wieczorem było bardzo fajnie w moim nowym domu. Przegadałam dłuższy czas z Sebą z Argentyny, i z Harrym z Rumunii (podbiłam jego serce posiadaniem czterech płyt ZdobSiZdub na dysku), i uroczą Zeną z Pakistanu. Ustawiłyśmy się na wspólne gotowanie. Grałam też w bilarda, ale chyba nie będę mistrzem podwórka;) Jutro szykuje się tu większa impreza i nie wiem naprawdę, jak zorganizować sobie popołudnie. Zwłaszcza że jeszcze chciałam zrobić zdjęcia Germanowi i Davidowi. I że mam na 20 bilet na Heaterwicka do V&A. No, i potem urodziny. I tu.. jeszcze nie byłam tu na imprezie. A chciałabym się porządniej zintegrować.
moje dylematy.
dobranoc!
wtorek, 25 września 2012
English Day No. 36. Penny Slinger
Wyszła lipa z tenisem, bo pół godziny przed spotkaniem zaczęło lać.
Szkoda, bo godzinę później rozpogodziło się i zrobiła się piekna pogoda która trwa do teraz, ale że w między czasie oddałam telefon R., nie miałam się jak skontaktować z chłopakami. Ale nie zmarnowałam dnia- pojechałam połazić po Soho, odwiedziłam wystawę poświęconą Penny Slinger - fotograficzne kolaże oraz mini rzeźby. Feministyczne, kobiece, ale przemyślane, zrobiły na mnie duże wrażenie. Podobnie, jak sama galeria, która jest bardzo przyjemną przestrzenią; dwupiętrowa, do jasnej białej piwnicy prowadzą stare drewniane ciemne schody. Trochę jak na Kazimierzu :).
Penelope Slinger urodziła się w 1947 w Londynie, ale dużą część życia spędziła na Karaibach i w Ameryce Północnej. Zasłynęła jako surrealistka, głównym tematem jej prac jest kobieta i kobiecość. To bardzo bezkompromisowe- i wielowarstwowe prace. Seria, którą zobaczyłam w The Riflemaker Gallery na Beak Street, to HEAR WHAT I SAY.
Szkoda, bo godzinę później rozpogodziło się i zrobiła się piekna pogoda która trwa do teraz, ale że w między czasie oddałam telefon R., nie miałam się jak skontaktować z chłopakami. Ale nie zmarnowałam dnia- pojechałam połazić po Soho, odwiedziłam wystawę poświęconą Penny Slinger - fotograficzne kolaże oraz mini rzeźby. Feministyczne, kobiece, ale przemyślane, zrobiły na mnie duże wrażenie. Podobnie, jak sama galeria, która jest bardzo przyjemną przestrzenią; dwupiętrowa, do jasnej białej piwnicy prowadzą stare drewniane ciemne schody. Trochę jak na Kazimierzu :).
Penelope Slinger urodziła się w 1947 w Londynie, ale dużą część życia spędziła na Karaibach i w Ameryce Północnej. Zasłynęła jako surrealistka, głównym tematem jej prac jest kobieta i kobiecość. To bardzo bezkompromisowe- i wielowarstwowe prace. Seria, którą zobaczyłam w The Riflemaker Gallery na Beak Street, to HEAR WHAT I SAY.
Wszystkie obrazki są mocne i dosadne.
Ja osobiście (jako że nie jestem fanką związków małżeńskich;) polubiłam bardzo pracę "WED-LOCK" (1977)
Autoportret - z 1977 roku
Więcej prac Penny, z tej serii, można zobaczyć TUTAJ.
Bardzo spodobały mi się jeszcze mini-rzeźby z serii MOUTHPIECES, ale nie mogę znależć w internecie dobrej jakości zdjęć - więc wrzucę to, co sama zrobiłam. Na żywo na prawdę wygląda super.
Jest ich tam dużo więcej: usta z bananem, usta z perłą...
zwłaszcza, że są wielkości 1:1, tak mi się wydaje.
Całość jest przyjemnie zaprezentowana i oświetlona. Część kolaży znajduje się w ciemnych drewnianych skrzynkach za szkłem. Niektóre prace ujęto w szklanym regaliku. Przyjemnie patrzeć na prace, kiedy widać, że poszczególne elementy naprawdę są wycięte i przyklejone, chwilami gdzieś delikatnie odstają- czuć materialność, rękę artystki.
Cała galeria Riflemarkel jest zresztą przyjemna i przytulna.
ps. dzięki Adamowi (:*) od jutra będę miała telefon :) A dzięki Myrze (:*), będę miała rano budzik :)
English Days No. 35&36. Włosy, żarcie i piękny Konduktor.
Wczorajszy dzień spędziłam częściowo u mojego drugiego ulubionego fryzjera Radka, częściowo w V&A Muzeum, częściowo chodząc z moim starym Startem wzdłuż Tamizy, częściowo w sklepach z egzotycznym jedzeniem które wieczorem próbowałam przyrządzić, a dzień zakończyłam długim gorącym prysznicem i zaśnięciem w living roomie na kanapie podczas oglądania Dziewczyny z tatuażem (i przeniesieniem się wkrótce dwa piętra wyżej do mojego cieplutkiego łóżeczka:). To już było moje drugie podejście do tego filmu i nie wiem, czy odważę się na trzecie :)
Rano lało jak z cebra. Ale zebrałam się i pojechałam do Sławka i Radka. Radek odświeżył mój look i jeśli chodzi o włosy, to już sprałam całą rudość, i jestem teraz ciemną blondynką. I podoba mi się to bardzo!
Po drodze wypiłam wodę kokosową, i sok z arbuza. To drugie - zdecydowanie lepsze.
Strasznie lało, ale postanowiłam i tak wybrać się do Victorii & Albert. Jak wysiadłam na South Kensington okazało się, że świeci słońce i jest piękna pogoda. Chciałam bardzo zobaczyć wystawę Heatherwick Studio:. Designing the Extraordinary , pokazywaną w ramach London Design Festival, którą ściągają za kilka dni. Niestety wejściówki już się skończyły.. i mam kupiony bilet na piątek na 20:00 :) Ale obejrzałam sobie dział fashion oraz dział designu. W tym pierwszym zainteresowały mnie właściwie tylko czasy współczesne. W designie- wszystko był ciekawe. O, i jeszcze zachwyciły mnie ilustracje do książek. Mała wystawa w ramach Book Illustration Awards, i prace zwycięskiej Laetitii Devernay do książki Konduktor.
Potem poszłam nad Tamizę, z moim Startem i czarno-białą kliszą, którą założyłam jeszcze w Polsce. Zrobiłam 10 fotek na podwójnej ekspozycji. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Wreszcie mogę załadować kolorową kliszę, których mam cztery, i ruszyć z projektem za który biorę się od dwóch tygodni. Pierwsze zdjęcia najprawdopodobniej już dziś :) Zacznę od znajomych, a potem zacznę poszerzać kręgi. Więcej- jak już ruszę, coby nie zapeszyć.
Jutro chłopcy wezmą do Polski 5 klisz, które zrobiłam będąc tu, małym obrazkiem, więc w ciągu tygodnia powinnam mieć wyniki. Zdjęcia które zrobiłam do tej pory to portrety ludzi, na których wpadam w Londynie; tych bliższych, i tych, z którymi rozmawiałam tylko przez chwilę. Nie mogę się doczekać, aż je zobaczę!!!
Wieczorem wróciłam do mojego przytulnego Tooting, kupiłam : okrę i bitter melon, a z bardziej angielskich specjałów samphirę i piccadilly, i jeszcze ciabatty i humus.
Okra- przyrządziłam ją najprostszym sposobem, czyli ugotowałam. Ma ciekawy ale mało wyrazisty smak, myślę że przy dobrych dodatkach i przyprawieniu może być super, więc będę z nią jeszcze eksperymentować. Jest tu do kupienia wszędzie, i jest bardzo tania.
Bitter melon- ma ciekawy wygląd i również jest tu popularny, ale albo coś skopałam, albo owoc był nieświeży, bo mimo iż postępowałam zgodnie ze wskazówkami znalezionymi w internecie, był bardzo gorzki i wylądował w koszu.
Samphire - nadmorska krzewinka :) wypróbowałam sparzoną i surową- surowa zdecydowanie lepsza. bardzo mi posmakowała, ma słonawo- kwaśny smak i jest soczysta i chrupiąca :) i jest bogata w witaminy i minerały. Samphire na pewno włączę do mojej codziennej kuchni tutaj.
Piccadilly- to angielskie pikle z warzyw (głównie kalafior, marchewka i cebula), w pikantno- kwaśnym sosie musztardowym. Chrupiące, wyraziste, i smaczne, świetne jako dodatek do czegoś o łagodniejszym smaku.
Samphire i bitter melon na talerzu wyglądają tak:
Pisałam niedawno, że ktoś zostawił zdjęcia na ścianie w moim pokoju- fotografie rodzinne. Dziwiło mnie, że komuś na nich przestało zależeć. A kilka dni temu wpadła tu drobna dziewczyna, z błaganiem, czy zachowałam może jej fotografie, czy ich nie wyrzuciłam, bo zapomniała o nich a nie wyobraża sobie ich stracić.Oczywiście nie wyrzuciłam, schowałam do szuflady. Ależ była szczęśliwa.
Zaraz jadę do miasta na lunch, a potem na korty. Gramy dziś w tenisa z chłopakami:)
Na zakończenie - jeszcze trochę Laetitii i jej Konduktor.
Po drodze wypiłam wodę kokosową, i sok z arbuza. To drugie - zdecydowanie lepsze.
Strasznie lało, ale postanowiłam i tak wybrać się do Victorii & Albert. Jak wysiadłam na South Kensington okazało się, że świeci słońce i jest piękna pogoda. Chciałam bardzo zobaczyć wystawę Heatherwick Studio:. Designing the Extraordinary , pokazywaną w ramach London Design Festival, którą ściągają za kilka dni. Niestety wejściówki już się skończyły.. i mam kupiony bilet na piątek na 20:00 :) Ale obejrzałam sobie dział fashion oraz dział designu. W tym pierwszym zainteresowały mnie właściwie tylko czasy współczesne. W designie- wszystko był ciekawe. O, i jeszcze zachwyciły mnie ilustracje do książek. Mała wystawa w ramach Book Illustration Awards, i prace zwycięskiej Laetitii Devernay do książki Konduktor.
absolutnie przepiękne.
Jutro chłopcy wezmą do Polski 5 klisz, które zrobiłam będąc tu, małym obrazkiem, więc w ciągu tygodnia powinnam mieć wyniki. Zdjęcia które zrobiłam do tej pory to portrety ludzi, na których wpadam w Londynie; tych bliższych, i tych, z którymi rozmawiałam tylko przez chwilę. Nie mogę się doczekać, aż je zobaczę!!!
Wieczorem wróciłam do mojego przytulnego Tooting, kupiłam : okrę i bitter melon, a z bardziej angielskich specjałów samphirę i piccadilly, i jeszcze ciabatty i humus.
Okra- przyrządziłam ją najprostszym sposobem, czyli ugotowałam. Ma ciekawy ale mało wyrazisty smak, myślę że przy dobrych dodatkach i przyprawieniu może być super, więc będę z nią jeszcze eksperymentować. Jest tu do kupienia wszędzie, i jest bardzo tania.
Bitter melon- ma ciekawy wygląd i również jest tu popularny, ale albo coś skopałam, albo owoc był nieświeży, bo mimo iż postępowałam zgodnie ze wskazówkami znalezionymi w internecie, był bardzo gorzki i wylądował w koszu.
Samphire - nadmorska krzewinka :) wypróbowałam sparzoną i surową- surowa zdecydowanie lepsza. bardzo mi posmakowała, ma słonawo- kwaśny smak i jest soczysta i chrupiąca :) i jest bogata w witaminy i minerały. Samphire na pewno włączę do mojej codziennej kuchni tutaj.
Piccadilly- to angielskie pikle z warzyw (głównie kalafior, marchewka i cebula), w pikantno- kwaśnym sosie musztardowym. Chrupiące, wyraziste, i smaczne, świetne jako dodatek do czegoś o łagodniejszym smaku.
Samphire i bitter melon na talerzu wyglądają tak:
Pisałam niedawno, że ktoś zostawił zdjęcia na ścianie w moim pokoju- fotografie rodzinne. Dziwiło mnie, że komuś na nich przestało zależeć. A kilka dni temu wpadła tu drobna dziewczyna, z błaganiem, czy zachowałam może jej fotografie, czy ich nie wyrzuciłam, bo zapomniała o nich a nie wyobraża sobie ich stracić.Oczywiście nie wyrzuciłam, schowałam do szuflady. Ależ była szczęśliwa.
Zaraz jadę do miasta na lunch, a potem na korty. Gramy dziś w tenisa z chłopakami:)
Na zakończenie - jeszcze trochę Laetitii i jej Konduktor.
niedziela, 23 września 2012
English Day No 34. Designed To Win & Digital Crystal
W czwartek byliśmy z Adamem w Bermondsey, w Muzeum Designu.
Nie jest to duże muzeum (spodziewałam się w sumie czegoś o bardziej imponujących rozmiarach,; w planach jest przeniesienie do większego budynku), ale przyjemne. Nie posiada stałej ekspozycji, gdyż nie ma to przestrzeni, ale są ciekawe wystawy czasowe. I sklep, i bar na dole :) Chciałam kupić sobie słynny pognieciony ceramiczny kubek imitujący plastikową jednorazówkę, ale akurat nie było na stanie. Może następnym razem.


Tej wystawy również nie zgłębiłam zbyt dokładnie, ponieważ byliśmy już w okolicach zamknięcia, nie wszytko działało, i nie wczytywałam się w opisy. Muszę iść tam raz jeszcze. Ekspozycja wydaję się być zrobiona bardzo starannie i "na bogato", mnóstwo kryształów wtopionych w różne instalacje robi wrażanie, ale - zgodziliśmy się z Adamem - to wszystko byłoby bardziej przekonywujące, gdybyśmy oglądali w muzeum sztuki, a nie designu. Trochę to było niespójne pod tym względem. Większość prezentowanych przedmiotów nie ma żadnego praktycznego zastosowania; więcej tu koncepcji albo poszukiwania piękna.
Nie jest to duże muzeum (spodziewałam się w sumie czegoś o bardziej imponujących rozmiarach,; w planach jest przeniesienie do większego budynku), ale przyjemne. Nie posiada stałej ekspozycji, gdyż nie ma to przestrzeni, ale są ciekawe wystawy czasowe. I sklep, i bar na dole :) Chciałam kupić sobie słynny pognieciony ceramiczny kubek imitujący plastikową jednorazówkę, ale akurat nie było na stanie. Może następnym razem.
Przed wejściem leży głowa. Twórcza głowa, jak widać na odwrocie. Eduardo Paolozzi, szkocki rzeźbiarz, jedna z czołowych przedstawicieli brytyjskiego popartu, pozostawił ją tu w 1989 r, kiedy otwarto Muzeum.
Pierwsza wystawa, którą zobaczyliśmy, związana jest oczywiście z Olimpiadą i Paraolimpiadą, to DESIGNED TO WIN (26.VII- 18.XI).


Ta wystawa nie zainteresowała mnie tak bardzo, więc tylko rzuciłam okiem. Prezentuje różne modele ubrań, butów i sprzętów sportowych. Rowery okazały się dla mnie najciekawszym działem. Niektóre są naprawdę oryginalne.
Druga wystawa, która zrobiona jest z dużym rozmachem, to DIGITAL CRYSTAL: Svarovski at the Design Muzeum (5.IX- 13.I).
Tej wystawy również nie zgłębiłam zbyt dokładnie, ponieważ byliśmy już w okolicach zamknięcia, nie wszytko działało, i nie wczytywałam się w opisy. Muszę iść tam raz jeszcze. Ekspozycja wydaję się być zrobiona bardzo starannie i "na bogato", mnóstwo kryształów wtopionych w różne instalacje robi wrażanie, ale - zgodziliśmy się z Adamem - to wszystko byłoby bardziej przekonywujące, gdybyśmy oglądali w muzeum sztuki, a nie designu. Trochę to było niespójne pod tym względem. Większość prezentowanych przedmiotów nie ma żadnego praktycznego zastosowania; więcej tu koncepcji albo poszukiwania piękna.
Yves Behar zaprojektował "Amplify" - lampiony z kryształem w środku. Światło przechodzi przez kryształ który rozprasza światło i maluje wzory na ściankach lampionu. Te przedmioty są naprawdę piękne. Zrobiły na mnie wrażenie.
Ron Arad stworzył "Lolitę": konstrukcję mającą postać żyrandola, składającego się z ponad 2000 kryształów i 1000 ledowych żaróweczek. Lolita to wielka interaktywna tablica o kształcie spirali. Prezentuje migające przesuwające się napisy, które można wysłać Lolicie przez sms lub Twitter. Miłe... tylko ciężko mi zrozumieć- czy forma nie przewyższa treści...?
Jednakże jestem zafascynowana innymi tworami fantazji Rona.Warto wyszperać w internecie.
Philippe Malouin zaprojektował "Blur"
Małe instalacje, składające się z centralnego punktu, to którego przymocowane są cztery nicie z kryształami. Linki są w permanentnym ruchu- bardzo szybko kręcą się wokół osi. Kiedy zapatrzymy się na obrazek, zobaczymy okrągłe wzorzyste kompozycje. Ciekawy pomysł, lecz kolejny bardziej artystyczny niż praktyczny.
To co pokazałam, to oczywiście tylko część. Myślę, że warto zobaczyć całość, pomysły są inspirujące i ciekawe, nie raz po prostu piękne. Myślę, że sama wybiorę się tam jeszcze raz, z większym zapasem czasu.
English Day No 34
Dziś chyba po raz pierwszy zostanę w domu. Leje jak nie wiem.
Pojadę może najwyżej do sklepu, kupić jakieś egzotyczne warzywa, i poeksperymentuję w kuchni. Coś, co tygryski naprawdę lubią!
Marleen - moja nowa współlokatorka- okazuje się, że nie tylko jest fajna, ale że jest naprawdę super, i strasznie się cieszę że się wprowadziła. Zdaje się, że mam kolejną bratnią duszę w Londynie. Marylin przyjechała wczoraj, nigdy nie mieszkała w UK. Będzie tu studiować.
Zjem śniadanie, i siądę do pisania o Muzeum Designu, i o TANKS. Popijając cudownym sokiem z lychee :)
Pojadę może najwyżej do sklepu, kupić jakieś egzotyczne warzywa, i poeksperymentuję w kuchni. Coś, co tygryski naprawdę lubią!
Marleen - moja nowa współlokatorka- okazuje się, że nie tylko jest fajna, ale że jest naprawdę super, i strasznie się cieszę że się wprowadziła. Zdaje się, że mam kolejną bratnią duszę w Londynie. Marylin przyjechała wczoraj, nigdy nie mieszkała w UK. Będzie tu studiować.
Zjem śniadanie, i siądę do pisania o Muzeum Designu, i o TANKS. Popijając cudownym sokiem z lychee :)
sobota, 22 września 2012
English Day No 33. Ca va?
Wciąż nie mam kiedy na spokojnie napisać o wszystkim, co się dzieje.
Ale czekają mnie trzy dni OFF, postaram się nadrobić.
Przed chwilą poznałam moją nową współlokatorkę. Ma na imię Marleen, i jest z Holandii, nie z Francji, jak myślałam. Jest strasznie wygadana i wesoła.
Dziś jak zwykle - z przygodami. Wypilśmy piwo po pracy, na pożegnanie chłopców, wracają do kraju w środę. A potem poszłam z Guillaume na nocne wędrówki. Zwiedziliśmy kawałek miasta, zobaczyliśmy jakiś dziwny performace z półnangim facetem i piłą motorową na Covered Gardens, poznaliśmy Dane'a (ale o nim- kiedy wywołam kliszę), potem parę innych miejsc. Guilluame próbował uczyć mnie francuskiego. Już kiedyś się uczyłam, ale dużo zapomniałam. Viens, et prends un cou!
A oto ja i Guillaume - w tzw pipie
a na tym zdjęciu - JESTEŚMY TUTAJ
Nie poszliśmy w końcu do klubu z salsą, nie byliśmy odpowiednio ubrani. Ale tańczyliśmy salsę na ulicy. Niestety tylko przez chwilę, bo nie był akurat muzyki.
Właśnie: what made my day- szliśmy jakąś wąską nieznaną uliczka, i usłyszeliśmy interesujące dźwięki. Po prawej były otwarte drzwi, i od razu schody prowadzące na dół, a stamtąd dochodziła muzyka. Bez zastanowienia zeszlismy. Na dole była mała sala. Tańczyły trzy pary. Pan powiedział nam, że to szkoła tańca tanga, że to zamknięte i że już jest po zajęciach i tylko kursanci sobie tańczą. Ale nagle pojawiła się kobieta, wzięła mnie za rękę i powiedziała, że pokaże mi, jak tańczyć. Wyciągnęła mnie na parkiet.
Spędziłyśmy pół godziny, tańcząc. Powiedziała, że jestem bardzo zdolna, i że kroki, które od razu załapałam, niektórzy przyswajają miesiącami. Czyli może coś ten taniec brzucha mi dał!:) Rzeczywiście, sama byłam zaskoczona jak lekko to idzie, i jak przyjemnie jest płynąć po parkiecie z ta ciemnowłosą kobietą. Zastanawiam się, czy nie wrócić tam. Choć nawet nie wiem gdzie to było, po prostu szwendaliśmy się w ciemno. Może by tak... zacząć przygodę z tangiem?
tango-federico
taki adres napisano mi na kartce.
piątek, 21 września 2012
English Day No 32
Wykąpana, czyściutka, już zaczynam czuć mięśnie po 5 godzinach grania w pingponga dziś, w Ogrodach Embankment. Ale za to jestem jak nowo narodzona :) Zaczęłam od gry z Winem Liu, ale potem dołączały kolejne osoby, zmienialiśmy się, graliśmy double, i mieszankę tworzyliśmy międzykontynentalną. No i wyżyłam się nieco:)
Tu - gram w teamie z Erickiem, przeciw reprezentacji Francji. :)
Wieczór spędziłam na Bankside i w TateModern.
Na Bankside nie zastałam dziś Germana, ale spotkałam Davida. David to młody Irlandczyk, grający na instrumencie o nazwie hammer dulcimer. Pisałam już o nim. Wykonuje własne kompozycje, a są one tak piękne, że za każdym razem tak samo mnie oczarowują. Szkoda, że nie ma jeszcze płyty, chciałabym słuchać go do snu. Ale jest jedno nagranie na youtube:
Dostałam kubek gorących orzeszków w karmelu od pana sprzedającego takowe tuż obok. Ot tak, bez powodu.
Potem poszłam do Tate Modern, zobaczyć nowo otwartą przestrzeń- The Tanks- Art in Action, i powłóczyć się po stałej ekspozycji. Ale o tym na spokojnie- później.
Zrobiłam też dziś, będąc w lokalnym sklepie, listę warzyw i owoców których nie znam. Chce je posprawdzać.
Jutro kolejny miły dzień! Kończę o 16 więc może V&A i Festiwal Designu.
Albo pódziemy grać w pingponga. A potem na piwo pożegnalne z chłopakami.
A we wtorek idziemy na korty i będziemy grać w tenisa.
Dobrze mi tu.
czwartek, 20 września 2012
English Day No 31
Krótko:
wczoraj poznałam dużą część mych sąsiadów i współmieszkańców.
Więc, na pewno: Meksyk, Francja, Argentyna, Węgry, Rumunia, Wielka Brytania, Australia, RPA i Hiszpania. Spędziliśmy wieczór przy bilardzie, a potem na tarasie, a potem poszłam spać żeby wstać do pracy.
Dziś dużo zobaczyłam, i o tym napisze jutro, bo już późno.
Adam zgarnął mnie z pracy i poszliśmy do Muzeum Designu. Zobaczyliśmy trzy aktualne wystawy - już po godzinach, więc nie wszystkie instalacje działały, ale za to bardzo miło i dzięki A.- bez biletów. Zachwyciło mnie kilka rzeczy, zachwyciła mnie okolica, rzeka, widoki, budownictwo, wnętrze Muzeum- ale o tym jutro.
Na kolację poszliśmy zjeść obiecane koreańskie BBQ, do OLD JUSTICE. Piękne miejsce w zupełnym zakamarku, z super jedzeniem. W blacie każdego stolika jest ukryty mały grill. Jest koreańskie piwo. A żarcie- po prostu- palce lizać. Ja jadłam cienkie plastry wołowiny marynowane w sosie sojowym, grillowane z czosnkiem, pieczarkami i jakimiś śmiesznymi grzybkami o nieznanej mi nazwie. Podane z ryżem, przystawkami (kiełki, kapusta pekińska na ostro) i dwoma ostrymi dipami.
Dokończyliśmy pogaduchy w typowym cichym angielskim pubie, gdzie nie mam muzyki, na każdym stole czekają podstawki, barman polewa kilkanaście lokalnych piw, a wnętrze wygląda jak wnętrze domu. Mało ludzi i przytulnie. Z okna widok na odległy London Bridge.
wczoraj poznałam dużą część mych sąsiadów i współmieszkańców.
Więc, na pewno: Meksyk, Francja, Argentyna, Węgry, Rumunia, Wielka Brytania, Australia, RPA i Hiszpania. Spędziliśmy wieczór przy bilardzie, a potem na tarasie, a potem poszłam spać żeby wstać do pracy.
Dziś dużo zobaczyłam, i o tym napisze jutro, bo już późno.
Adam zgarnął mnie z pracy i poszliśmy do Muzeum Designu. Zobaczyliśmy trzy aktualne wystawy - już po godzinach, więc nie wszystkie instalacje działały, ale za to bardzo miło i dzięki A.- bez biletów. Zachwyciło mnie kilka rzeczy, zachwyciła mnie okolica, rzeka, widoki, budownictwo, wnętrze Muzeum- ale o tym jutro.
Na kolację poszliśmy zjeść obiecane koreańskie BBQ, do OLD JUSTICE. Piękne miejsce w zupełnym zakamarku, z super jedzeniem. W blacie każdego stolika jest ukryty mały grill. Jest koreańskie piwo. A żarcie- po prostu- palce lizać. Ja jadłam cienkie plastry wołowiny marynowane w sosie sojowym, grillowane z czosnkiem, pieczarkami i jakimiś śmiesznymi grzybkami o nieznanej mi nazwie. Podane z ryżem, przystawkami (kiełki, kapusta pekińska na ostro) i dwoma ostrymi dipami.
Dokończyliśmy pogaduchy w typowym cichym angielskim pubie, gdzie nie mam muzyki, na każdym stole czekają podstawki, barman polewa kilkanaście lokalnych piw, a wnętrze wygląda jak wnętrze domu. Mało ludzi i przytulnie. Z okna widok na odległy London Bridge.
miejsce nazywa się ANGEL
środa, 19 września 2012
English Day No 30
Wróciłam z pracy.
Kupiłam trzy cuda świata, czyli sól, poduszkę (błękitną!), i kwiatka na okno.
I jeszcze cukierki, i słuchawki (błękitne!), i kliszę.
Nowy tryb uruchomiłam dziś.
Wracam z pracy, wrzucam pranie do pralki, zakładam getry i buty do biegania (pumy, a co!), i idę zrobić kilka rundek wokół parku, który mam za oknem. Wracam szczęśliwa, biorę gorący prysznic, przerzucam pranie do suszarki, jem sobie krewetki z piklami, siedząc na tarasie i merdając gołymi stopkami, i wyciągam suche pranie. Teraz weszłam na bloga, ale zaraz wracam na zewnątrz, pogrzebię w naszej własnej biblioteczce na dole, znajdę coś do czytania i dokończę wieczór na tarasie.
A taras mamy taki (to jest kawałek górnego; bo jest jeszcze dolny, z kominko-grillem) - o 7 rano, więc pusty:
i living room:
niedługo porobię lepszej jakości dokumentację, bo to co teraz pokazuję to tylko marna zapowiedź;) Niedługo pochoruję się od jakości tych zdjęć, naprawdę, bolą mnie. Muszę coś wykminić.
idę,
"w domach ludzie umierają"
jak to mawiają.
A wczoraj Guillaume powiedział mi, że ja tak młodo wyglądam, bo jestem pełna radości.
I przypomniały mi się słowa wypisane na ścianie chaty Szymona Modrzejewskiego:
AKTUALIZACJA.
Nie, jednak nie książka i taras. Jednak muzyka i bilard :)
Kupiłam trzy cuda świata, czyli sól, poduszkę (błękitną!), i kwiatka na okno.
I jeszcze cukierki, i słuchawki (błękitne!), i kliszę.
Nowy tryb uruchomiłam dziś.
Wracam z pracy, wrzucam pranie do pralki, zakładam getry i buty do biegania (pumy, a co!), i idę zrobić kilka rundek wokół parku, który mam za oknem. Wracam szczęśliwa, biorę gorący prysznic, przerzucam pranie do suszarki, jem sobie krewetki z piklami, siedząc na tarasie i merdając gołymi stopkami, i wyciągam suche pranie. Teraz weszłam na bloga, ale zaraz wracam na zewnątrz, pogrzebię w naszej własnej biblioteczce na dole, znajdę coś do czytania i dokończę wieczór na tarasie.
A taras mamy taki (to jest kawałek górnego; bo jest jeszcze dolny, z kominko-grillem) - o 7 rano, więc pusty:
i kawałek klatki schodowej:)
idę,
"w domach ludzie umierają"
jak to mawiają.
A wczoraj Guillaume powiedział mi, że ja tak młodo wyglądam, bo jestem pełna radości.
I przypomniały mi się słowa wypisane na ścianie chaty Szymona Modrzejewskiego:
o! .
AKTUALIZACJA.
Nie, jednak nie książka i taras. Jednak muzyka i bilard :)
wtorek, 18 września 2012
English Day No 29
Dziś dzień pracy w miłej i luźnej atmosferze,
i dzień totalnego chilloutu wieczornego, pierwszy raz tak na prawdę, odkąd tu jestem.
Zrobiliśmy sobie z Guillaume spontaniczne nocne zwiedzanie. Poczułam, jak brakuje mi po prostu przegadać z kimś kilka godzin. Ostatnio nie miałam ku temu wielu okazji.
Guillaume jest z Lyon, skończył chemiobiologię (czy coś podobnego), ale nie chce jeszcze pracować w zawodzie, chce pozwiedzać świat zanim zamknie się w laboratorium. I tak oto przyjechał do Londynu, zobaczyć co się stanie. Trochę jak ja.
Z pozytywną energią kładę się spać. Znów zapomniałam kupić poduszki, ale Myra pożyczyła mi swoją.
Zastanawiam się teraz, co zrobić z weekendem. Zostać w mieszkaniu i się integrować, korzystając z wolnej niedzieli... czy iść potańczyć z Guillaume na noc salsy do latino-klubu?? Obie opcje są strasznie kuszące. Nie wiem... :)
i dzień totalnego chilloutu wieczornego, pierwszy raz tak na prawdę, odkąd tu jestem.
Zrobiliśmy sobie z Guillaume spontaniczne nocne zwiedzanie. Poczułam, jak brakuje mi po prostu przegadać z kimś kilka godzin. Ostatnio nie miałam ku temu wielu okazji.
Z pozytywną energią kładę się spać. Znów zapomniałam kupić poduszki, ale Myra pożyczyła mi swoją.
Zastanawiam się teraz, co zrobić z weekendem. Zostać w mieszkaniu i się integrować, korzystając z wolnej niedzieli... czy iść potańczyć z Guillaume na noc salsy do latino-klubu?? Obie opcje są strasznie kuszące. Nie wiem... :)
poniedziałek, 17 września 2012
English Day No 28
Jestem.
Mam drewniane łóżko. Zieloną szafkę i lampkę nocną. Bordowy dywan. Wielką starą rzeźbioną szafę.
Za oknem park. Będzie gdzie biegać.
I skrzyżowanie pięciu dróg... jakieś to symboliczne:)
Na dole sklepy, chińczyk. Zamówiłam curry z krewetkami. Bomba. Aż się popłakałam, takie ostre!
W pokoju ze mną - Myra i Chrystin. Dwie Francuzki. Chrystin wyprowadza się za tydzień, na jej miejsce przyjdzie inna dziewczyna. Te, które są teraz, wydają się bardzo w porządku.
W pokoju obok - Australijczycy i Hiszpanie, a przynajmniej ci, których dzisiaj poznałam.
Widziałam pokój Henrego, gdy płaciłam mu depozyt i kasę na najbliższy tydzień. Ma dużo obrazów i grafik w pokoju, i trzy gitary. I lodówkę absolutnie zaklejoną zdjęciami, magnesami i obrazkami, jest piękna :) Henry w ogóle to też osobna historia. Przyjechał do Londynu 12 lat temu z RPA. Miał jedno mieszkanie na Tooting. Potem wykupił następne i następne. I teraz ma całą kamienicę. Sam mieszka w jednym z pokoi (pode mną), i jest bardzo szczęśliwy i dumny ze swojego dzieła, jakim jest to miejsce :) Nadajemy z Henrym na tych samych falach, przy pierwszym spotkaniu poczułam, że to bratnia dusza. Cieszę się, że go poznałam.
Zrobiłam podstawowe zakupy. Kupiłam ręcznik, szampon, żel pod prysznic i pastę do zębów.
Kupiłam oliwę, ryż jaśminowy, kuskus, soczewicę, mega ostre pikle z mango, pomidory, mieloną kolendrę, dwie pakistańskie mieszanki przypraw, o których nie wiem nic.. ale się dowiem jak spróbuję:) Będę gotować i mam ambicję wypróbować tyle egzotycznych przypraw i warzyw, ile tylko dam radę! A półki się od tego uginają.
Mieszkańców poznam lepiej pewnie w weekend. W weekendy się tu wszyscy integrują. W tygodniu wszyscy harują. Mam wolną niedzielę, więc sobota wieczorem zapowiada się interesująco.
Zawartość mojej szufladki czeka na wykorzystanie. Pomysły się kłębią w głowie, ale na razie nic nie mówię.
Mam drewniane łóżko. Zieloną szafkę i lampkę nocną. Bordowy dywan. Wielką starą rzeźbioną szafę.
Za oknem park. Będzie gdzie biegać.
I skrzyżowanie pięciu dróg... jakieś to symboliczne:)
Na dole sklepy, chińczyk. Zamówiłam curry z krewetkami. Bomba. Aż się popłakałam, takie ostre!
W pokoju ze mną - Myra i Chrystin. Dwie Francuzki. Chrystin wyprowadza się za tydzień, na jej miejsce przyjdzie inna dziewczyna. Te, które są teraz, wydają się bardzo w porządku.
W pokoju obok - Australijczycy i Hiszpanie, a przynajmniej ci, których dzisiaj poznałam.
Widziałam pokój Henrego, gdy płaciłam mu depozyt i kasę na najbliższy tydzień. Ma dużo obrazów i grafik w pokoju, i trzy gitary. I lodówkę absolutnie zaklejoną zdjęciami, magnesami i obrazkami, jest piękna :) Henry w ogóle to też osobna historia. Przyjechał do Londynu 12 lat temu z RPA. Miał jedno mieszkanie na Tooting. Potem wykupił następne i następne. I teraz ma całą kamienicę. Sam mieszka w jednym z pokoi (pode mną), i jest bardzo szczęśliwy i dumny ze swojego dzieła, jakim jest to miejsce :) Nadajemy z Henrym na tych samych falach, przy pierwszym spotkaniu poczułam, że to bratnia dusza. Cieszę się, że go poznałam.
Zrobiłam podstawowe zakupy. Kupiłam ręcznik, szampon, żel pod prysznic i pastę do zębów.
Kupiłam oliwę, ryż jaśminowy, kuskus, soczewicę, mega ostre pikle z mango, pomidory, mieloną kolendrę, dwie pakistańskie mieszanki przypraw, o których nie wiem nic.. ale się dowiem jak spróbuję:) Będę gotować i mam ambicję wypróbować tyle egzotycznych przypraw i warzyw, ile tylko dam radę! A półki się od tego uginają.
Mieszkańców poznam lepiej pewnie w weekend. W weekendy się tu wszyscy integrują. W tygodniu wszyscy harują. Mam wolną niedzielę, więc sobota wieczorem zapowiada się interesująco.
Zawartość mojej szufladki czeka na wykorzystanie. Pomysły się kłębią w głowie, ale na razie nic nie mówię.
Dziewczyna przede mną zostawiła na ścianie kilka zdjęć. Dlaczego ludzie robią takie rzeczy?
Moje łóżko jest bardzo wygodne.
Brakuje mi tylko poduszki.
Zupełnie o tym zapomniałam!
ps. udało mi się wyłączyć dziś datownik w moim aparacie! hurra
niedziela, 16 września 2012
English Day No 27
Na koniec tego pięknego dnia muszę napisać, że to był piękny dzień.
Resetuję siebie absolutnie. Mam wrażenie, że całe moje wnętrze przelewa się we mnie jak rozpalona lawa. Że każda część mnie powoli wraca na swoje miejsce, wyczyszczona i błyszcząca. Czuję się sobą tak bardzo, że chwilami mam wrażenie, jakbym nie miała ciała, a była tylko czystą energią, czystą osobowością. Jednym wielkim zmysłem, czuciem. Że wszystko, co było we mnie zniszczone, zmęczone, pożyczone - wymywa się i znika. Złapałam olbrzymi dystans, tak jakby od mojego wyjazdu z Polski dzieliły mnie nie dni, ale wymiary. Jakby skończyło się jedno życie, a zaczynało następne.
Trudno to wyjaśnić, zwłaszcza że chciałabym wrócić do Krakowa niedługo podokańczać zaległe sprawy zdrowotno - szkolno - stażowo - zawodowo - przyjacielskie. Ale potem chyba znów tu. Na studia.
Wracając na ziemię: dziś było bardzo spokojnie, piękne słońce, w pracy leniwie jak nigdy. Grałam w pingponga z Liu. Okazało się, że granie na wolnym powietrzu to nie taka bułka z masłem. Raz piłeczka pofrunęła kilkanaście metrów dalej i uderzyła w przechodzących panów.
Przeszłam na drugi brzeg i udało mi się spotkać Germana. Przywitał mnie bardzo serdecznie- nie spodziewałam się że mnie pozna, zwłaszcza że dawno nie pokazywałam się w okolicy. Ale poznał i przegadaliśmy cały wieczór. Sprzedał parę prac, podarował mi jedno płótno, które sama wybrałam- już mam pierwszą ozdobę na nowe mieszkanie! Muszę wreszcie iść na jego wystawę, mam już dokładny adres galerii. Umówiłam się z nim na zrobienie mu portretu. Bardzo się ucieszył.
Liczyłam też że spotkam cytarzystę, który mnie zaczarował kilka dni temu i przyspawał moje nogi do chodnika na wiele długich minut, ale niestety dziś go nie zastałam. Obiecałam mu że jeszcze przyjdę, więc ponowię próbę w najbliższych dniach. Choć z drugiej strony mam pewne obawy przed ponownym spotkaniem, bo ostatnio słuchanie go było tak silnym przeżyciem, poruszyło tak dziwne i głęboko ukryte struny we mnie, że własna reakcja wręcz mnie przestraszyła. Trochę się go boję.
Jutro przeprowadzka, i jadę na Greenwich, i do Photographers Gallery, jeśli zdążę. Albo do Muzeum Designu, odwiedzić Adama i Stuarta, marzy mi się pognieciony kubek.
Dziś wyrzuciłam moje piękne radio. Od wczoraj nie działa. Rzeczywiście - zaskakujące!
Ach, i - wczoraj byłam w BAR POLSKI na urodzinach Adama - było przemiło! Poznałam super ludzi, spróbowałam miejscowych pierogów- były dość interesujące jak na polski bar- smażone w głębokim tłuszczu, bardziej przypominały samosy. Zostały podane z dipami - naprawdę dobre. I odkryłam dla siebie pyszne piwo pszeniczne MEANTIME - z Greenwich, jak można domyślić się po nazwie...
Zapomniałam - w Londynie teraz Fashion Week! Wrzucę fotki, jak zgram z telefonu Radka. I Festiwal Designu zaczyna się :)
Codziennie dzieję się tyle we mnie i wokół mnie, że nie wiem nawet, o czym pisać.
Mam ochotę wybuchnąć!
Rozpłynąć się lawą.
Resetuję siebie absolutnie. Mam wrażenie, że całe moje wnętrze przelewa się we mnie jak rozpalona lawa. Że każda część mnie powoli wraca na swoje miejsce, wyczyszczona i błyszcząca. Czuję się sobą tak bardzo, że chwilami mam wrażenie, jakbym nie miała ciała, a była tylko czystą energią, czystą osobowością. Jednym wielkim zmysłem, czuciem. Że wszystko, co było we mnie zniszczone, zmęczone, pożyczone - wymywa się i znika. Złapałam olbrzymi dystans, tak jakby od mojego wyjazdu z Polski dzieliły mnie nie dni, ale wymiary. Jakby skończyło się jedno życie, a zaczynało następne.
Trudno to wyjaśnić, zwłaszcza że chciałabym wrócić do Krakowa niedługo podokańczać zaległe sprawy zdrowotno - szkolno - stażowo - zawodowo - przyjacielskie. Ale potem chyba znów tu. Na studia.
Wracając na ziemię: dziś było bardzo spokojnie, piękne słońce, w pracy leniwie jak nigdy. Grałam w pingponga z Liu. Okazało się, że granie na wolnym powietrzu to nie taka bułka z masłem. Raz piłeczka pofrunęła kilkanaście metrów dalej i uderzyła w przechodzących panów.
Przeszłam na drugi brzeg i udało mi się spotkać Germana. Przywitał mnie bardzo serdecznie- nie spodziewałam się że mnie pozna, zwłaszcza że dawno nie pokazywałam się w okolicy. Ale poznał i przegadaliśmy cały wieczór. Sprzedał parę prac, podarował mi jedno płótno, które sama wybrałam- już mam pierwszą ozdobę na nowe mieszkanie! Muszę wreszcie iść na jego wystawę, mam już dokładny adres galerii. Umówiłam się z nim na zrobienie mu portretu. Bardzo się ucieszył.
Liczyłam też że spotkam cytarzystę, który mnie zaczarował kilka dni temu i przyspawał moje nogi do chodnika na wiele długich minut, ale niestety dziś go nie zastałam. Obiecałam mu że jeszcze przyjdę, więc ponowię próbę w najbliższych dniach. Choć z drugiej strony mam pewne obawy przed ponownym spotkaniem, bo ostatnio słuchanie go było tak silnym przeżyciem, poruszyło tak dziwne i głęboko ukryte struny we mnie, że własna reakcja wręcz mnie przestraszyła. Trochę się go boję.
Jutro przeprowadzka, i jadę na Greenwich, i do Photographers Gallery, jeśli zdążę. Albo do Muzeum Designu, odwiedzić Adama i Stuarta, marzy mi się pognieciony kubek.
Dziś wyrzuciłam moje piękne radio. Od wczoraj nie działa. Rzeczywiście - zaskakujące!
Ach, i - wczoraj byłam w BAR POLSKI na urodzinach Adama - było przemiło! Poznałam super ludzi, spróbowałam miejscowych pierogów- były dość interesujące jak na polski bar- smażone w głębokim tłuszczu, bardziej przypominały samosy. Zostały podane z dipami - naprawdę dobre. I odkryłam dla siebie pyszne piwo pszeniczne MEANTIME - z Greenwich, jak można domyślić się po nazwie...
Zapomniałam - w Londynie teraz Fashion Week! Wrzucę fotki, jak zgram z telefonu Radka. I Festiwal Designu zaczyna się :)
Codziennie dzieję się tyle we mnie i wokół mnie, że nie wiem nawet, o czym pisać.
Mam ochotę wybuchnąć!
Rozpłynąć się lawą.
sobota, 15 września 2012
piątek, 14 września 2012
English Day No 25. Popatrz psu w oczy.
Cały dzień świeciło słońce. Było gorąco.
A - obiecałam napisać o nowym lokum, więc.
W Polsce podobno już jesień.
A tu upalne lato właściwie odkąd przyjechałam.
Tylko wieczory wietrzne a noce lodowate.
Jak na pustyni:)
Stałam dziś w połowie Waterloo Bridge, zbierało się na odpływ, wiał wiatr i raziło mnie niskie słońce. I nagle poczułam falę tak słodkiego, wszechogarniającego, oszałamiającego poczucia absolutnej wolności, że aż wzruszenie ścisnęło mnie za gardło.
Czy kiedykolwiek byłam tak absolutnie wolna, jak teraz?
---
Kupiłam dzisiaj najbrzydszą najpodlejszą rzecz na świecie.
Kosztowała jednego funta i wygląda tak:
Dla jasności: nie, ten szary prostokąt to nie ekran, tylko płaskorzeźba imitująca tenże; i możemy dostrzeć tu także pewne innowacyjne rozwiązanie technologiczne, polegające na przytwierdzeniu słuchawek na stałe- nie są wymienne. Radio (bo jest to radio), ma również niewymiennie baterie (chyba że ktoś wyrwie tę śrubkę) oraz bezproblemową wagę, porównywalną do wagi jednego niedużego winogrona. Kabel słuchawkowy jest również nie za długi, zasadniczo nie pozwala schować sprzętu do kieszeni spodni, mając jednocześnie słuchawki w uszach. Ale odbiera czasem parę kanałów, i z słuchawek wydobywa się dźwięk. Przynajmniej dzisiaj się wydobywał, a zobaczymy, jak poradzi sobie jutro. Moje Biedactwo:)
Kupiłam również najtańszy w okolicy aparat cyfrowy. Jest małą kupką plastiku (pół mojej dłoni), wygląda i waży tyle co pusta mydelniczka, i nie posiada funkcji przesłonięcia obiektywu. Ale jak widać, ma funkcję pokazywania daty i czasu- zawsze coś:) na razie szukam dla niego imienia. Od jutra będziemy nierozłączni:)
Spędziłam dziś wieczór nad Tamizą, patrząc i słuchając i czując.
I w Tate w dziale książek. Oglądałam godzinami. Albumy, magazyny. Chciałam coś kupić. Nie umiałam się zdecydować. Wszystko bym chciała! Nie kupiłam - nic. Za dużo tego jest, za dużo! I każda pozycja- zapierająca dech w piersiach...
A - obiecałam napisać o nowym lokum, więc.
W poniedziałek zamieszkam w kamienicy, w której jest 21 pokoi, 6 łazienek, 6 kuchni, wspólny parter z wielkim telewizorem, barkiem, kanapami, stołem bilardowym, flagami i plakatami, i regalem pełnym książek; dwa wielkie balkony z sofami, fotelami, kominkiem/ grillem; w domu, w którym mieszka kilkudziesięciu młodych przyjezdnych z całego świata: Europy, Australii, Ameryk, Afryki, Azji, i gdzie 7 dni w tygodni przychodzi sprzątaczka. Przez okno będę miała widok na park, będę mieć wielką starą szafę, ścianę z którą mogę zrobić co zechcę, lodówkę i francuskie współlokatorki. I kilka minut busem do stacji metra, i metro prościutko pod pracę. Pół godziny jazdy. Południowy Londyn. Tooting Broadway :)
Brand New Life.
Wracając dziś pociągiem, zabrałam Metro z siedzenia.
Zawartość dzisiejszego numeru - specjalnie dla Moich Czytelników!
Popatrz psu w oczy, i usłysz, jak szepce: dobranoc!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


























