Na koniec tego pięknego dnia muszę napisać, że to był piękny dzień.
Resetuję siebie absolutnie. Mam wrażenie, że całe moje wnętrze przelewa się we mnie jak rozpalona lawa. Że każda część mnie powoli wraca na swoje miejsce, wyczyszczona i błyszcząca. Czuję się sobą tak bardzo, że chwilami mam wrażenie, jakbym nie miała ciała, a była tylko czystą energią, czystą osobowością. Jednym wielkim zmysłem, czuciem. Że wszystko, co było we mnie zniszczone, zmęczone, pożyczone - wymywa się i znika. Złapałam olbrzymi dystans, tak jakby od mojego wyjazdu z Polski dzieliły mnie nie dni, ale wymiary. Jakby skończyło się jedno życie, a zaczynało następne.
Trudno to wyjaśnić, zwłaszcza że chciałabym wrócić do Krakowa niedługo podokańczać zaległe sprawy zdrowotno - szkolno - stażowo - zawodowo - przyjacielskie. Ale potem chyba znów tu. Na studia.
Wracając na ziemię: dziś było bardzo spokojnie, piękne słońce, w pracy leniwie jak nigdy. Grałam w pingponga z Liu. Okazało się, że granie na wolnym powietrzu to nie taka bułka z masłem. Raz piłeczka pofrunęła kilkanaście metrów dalej i uderzyła w przechodzących panów.
Przeszłam na drugi brzeg i udało mi się spotkać Germana. Przywitał mnie bardzo serdecznie- nie spodziewałam się że mnie pozna, zwłaszcza że dawno nie pokazywałam się w okolicy. Ale poznał i przegadaliśmy cały wieczór. Sprzedał parę prac, podarował mi jedno płótno, które sama wybrałam- już mam pierwszą ozdobę na nowe mieszkanie! Muszę wreszcie iść na jego wystawę, mam już dokładny adres galerii. Umówiłam się z nim na zrobienie mu portretu. Bardzo się ucieszył.
Liczyłam też że spotkam cytarzystę, który mnie zaczarował kilka dni temu i przyspawał moje nogi do chodnika na wiele długich minut, ale niestety dziś go nie zastałam. Obiecałam mu że jeszcze przyjdę, więc ponowię próbę w najbliższych dniach. Choć z drugiej strony mam pewne obawy przed ponownym spotkaniem, bo ostatnio słuchanie go było tak silnym przeżyciem, poruszyło tak dziwne i głęboko ukryte struny we mnie, że własna reakcja wręcz mnie przestraszyła. Trochę się go boję.
Jutro przeprowadzka, i jadę na Greenwich, i do Photographers Gallery, jeśli zdążę. Albo do Muzeum Designu, odwiedzić Adama i Stuarta, marzy mi się pognieciony kubek.
Dziś wyrzuciłam moje piękne radio. Od wczoraj nie działa. Rzeczywiście - zaskakujące!
Ach, i - wczoraj byłam w BAR POLSKI na urodzinach Adama - było przemiło! Poznałam super ludzi, spróbowałam miejscowych pierogów- były dość interesujące jak na polski bar- smażone w głębokim tłuszczu, bardziej przypominały samosy. Zostały podane z dipami - naprawdę dobre. I odkryłam dla siebie pyszne piwo pszeniczne MEANTIME - z Greenwich, jak można domyślić się po nazwie...
Zapomniałam - w Londynie teraz Fashion Week! Wrzucę fotki, jak zgram z telefonu Radka. I Festiwal Designu zaczyna się :)
Codziennie dzieję się tyle we mnie i wokół mnie, że nie wiem nawet, o czym pisać.
Mam ochotę wybuchnąć!
Rozpłynąć się lawą.
w będziesz w DM w niedzielę?:) a zresztą, jutro kończę o 16 i pojutrze. w Ty?? ciekae czy lubię koreańskie BBQ! ale skoro cieknie mi ślinka na samą myśl, to chyba lubię :)))
OdpowiedzUsuń