środa, 19 września 2012

English Day No 30

Wróciłam z pracy.
Kupiłam trzy cuda świata, czyli sól, poduszkę (błękitną!), i kwiatka na okno.
I jeszcze cukierki, i słuchawki (błękitne!), i kliszę.

Nowy tryb uruchomiłam dziś.
Wracam z pracy, wrzucam pranie do pralki, zakładam getry i buty do biegania (pumy, a co!), i idę zrobić kilka rundek wokół parku, który mam za oknem. Wracam szczęśliwa, biorę gorący prysznic, przerzucam pranie do suszarki, jem sobie krewetki z piklami, siedząc na tarasie i merdając gołymi stopkami, i wyciągam suche pranie. Teraz weszłam na bloga, ale zaraz wracam na zewnątrz, pogrzebię w naszej własnej biblioteczce na dole, znajdę coś do czytania i dokończę wieczór na tarasie.

A taras mamy taki (to jest kawałek górnego; bo jest jeszcze dolny, z kominko-grillem) - o 7 rano, więc pusty:

 i living room:

i kawałek klatki schodowej:)


niedługo porobię lepszej jakości dokumentację, bo to co teraz pokazuję to tylko marna zapowiedź;) Niedługo pochoruję się od jakości tych zdjęć, naprawdę, bolą mnie. Muszę coś wykminić.

idę,
"w domach ludzie umierają"
jak to mawiają.

A wczoraj Guillaume powiedział mi, że ja tak młodo wyglądam, bo jestem pełna radości.
I przypomniały mi się słowa wypisane na ścianie chaty Szymona Modrzejewskiego:


o! .


AKTUALIZACJA.
Nie, jednak nie książka i taras. Jednak muzyka i bilard :)

1 komentarz: