Minął NOTTING HILL CARNIVAL. Jakże kolorowo!!:)
Zarobiłam pierwsze funty. Jeszcze nielegalnie, ale za to całkiem sporo:)
Za szukanie stałej pracy, z względów pewnych, mogę wziąć się na ostro dopiero po weekendzie.
Póki co pojedziemy w sobotę z W. nad Tamizę, bratać się z miastem i zarabiać na naszym fachu czyli SZTUCE ;)
Trzeba w końcu spróbować zarobić na tym, co się umie najlepiej..:)
BAD NEWS. Od jutra chyba będę, przez czas nieokreślony, bez internetu.
Szkoda, chciałam nadrobić te dwa dni, o których teraz nie mam siły już pisać.
Festiwal fotkowałam kliszą: dziś bez obrazków.
Intensywnie bardzo. Czuję się, jakbym siedziała tu już ze dwa tygodnie.
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
sobota, 25 sierpnia 2012
English Day No 4
Dziś po raz pierwszy skosztowałam prawdziwego english breakfast.
Popitego english herbatą z mlekiem.

Na przekąskę - soczysty melon, na obiad - tradycyjne Jacket Potato z tartym cheddarem.
Jak można narzekać na jedzenie w UK? Ja tu lubię jadać:)
Do snu dostałam dużo Misi, żeby było mi raźniej.
a jutro, od rana - KARNAWAŁ!!!
jaram się :)
Więc to tyle na dziś, wtulam się w Misie i odpływam.
English Evening No 3
Po wyjściu z Galerii udaliśmy się do niedalekiego sklepu, kupić obiado-kolację, czyli sushi, ciabattę i humus, chłopaki wzięli jakieś kanapki i ciastka z syropem klonowym, jakieś guinessy i cidery, i udaliśmy się po S., by siąść nad Tamizą i posłuchać grających tam muzyków z całego świata.
W międzyczasie W. załatwił mi przez telefon pierwszą szybką fuchę na weekend, czyli - jutro i pojutrze pracujemy razem na Notting Hill Festival. Prócz tego dowiedziałam się wszystkiego o zakładaniu tu konta bankowego, legalnego zatrudnienia, miejsc gdzie warto na początek zanieść CV, troszkę o miejscowych sieciach komórkowych. Kupiliśmy po kolejnym napoju chłodzącym, lunął deszcz, ale i tak było bardzo fajnie, wchodziliśmy do zatłoczonych pubów i czułam, że dobrze by mi było, gdybym miała okazję popracować w którym z nich. Przypomniały mi się dobre czasy Imbiru.
Poznałam nad Tamizą młodego malarza z Wenezueli. Nazywa się German Zwanik, ma wystawę gdzieś na lewym brzegu i ma mi wysłać dokładny adres galerii; sprzedaje swoje prace na deptaku, i robi na przykład takie rzeczy:
W międzyczasie W. załatwił mi przez telefon pierwszą szybką fuchę na weekend, czyli - jutro i pojutrze pracujemy razem na Notting Hill Festival. Prócz tego dowiedziałam się wszystkiego o zakładaniu tu konta bankowego, legalnego zatrudnienia, miejsc gdzie warto na początek zanieść CV, troszkę o miejscowych sieciach komórkowych. Kupiliśmy po kolejnym napoju chłodzącym, lunął deszcz, ale i tak było bardzo fajnie, wchodziliśmy do zatłoczonych pubów i czułam, że dobrze by mi było, gdybym miała okazję popracować w którym z nich. Przypomniały mi się dobre czasy Imbiru.
Poznałam nad Tamizą młodego malarza z Wenezueli. Nazywa się German Zwanik, ma wystawę gdzieś na lewym brzegu i ma mi wysłać dokładny adres galerii; sprzedaje swoje prace na deptaku, i robi na przykład takie rzeczy:
Jest tam często, więc pewnie jeszcze się spotkamy. Chciałabym go sportretować w jakiś milszych warunkach atmosferycznych.
Lubię Tamizę.
English Day No 3 / National Portrait Gallery
Minęliśmy Tate Modern - gdzie jeszcze wrócimy, by obejrzeć raz jeszcze stałą ekspozycję, a także odwiedzić trwający tam festiwal THE TANKS: ART IN ACTION. Rozważam, czy nie wykupić karty członkowskiej. Kosztuje 60 funtów rocznie, ale zapewnia nielimitowaną liczbę wejść. Gdybym zostawała tu na dłużej, opłaciło by się.. :)
Dotarliśmy do Embankment Cafe, gdzie zrobiliśmy postój na lody i americanę (dzięki, chłopcy:*), zgarnęliśmy R, który właśnie skończył zmianę, i ruszyliśmy na podbój National Portrait Gallery.
Pierwsza ekspozycja którą obejrzeliśmy, to BP PORTRAIT AWARD 2012 and BP Travel Award 2011.
Rob Fahey on Court by Rupert Alexander. Obraz mniej skupiony na detalu, ale perfekcyjnie grający nastrojem i kolorem. Też nieco fotograficzny, pod względem zaprezentowania osoby- uchwycona jest w ruchu, tak, jakby jedynie przechodziła przez kadr i zaraz miała zniknąć.
Więcej:
http://www.rupertalexander.com/
Auntie by Aleah Chapin. Zniewalający portret pięknej kobiety w podeszłym wieku. Zachwyca kolorystyka, faktura skóry, i odwaga w doborze tamtu... ale przede wszystkim uroda modelki, jej postawa - spokojna i przyzwalająca, a równocześnie nieco zawstydzona. Rozbrajający młodzieńczy nieśmiały rumieniec na policzkach absolutnie dodaje uroku.
Malarka mówi o modelce:
‘The fact that she has known me since birth is extremely important. Her body is a map of her journey through life. In her, I see the personification of strength through an unguarded and accepting presence.’
Zostaję zagorzałą fanką Aleah Chapin.
Więcej - polecam!!!
http://aleahchapin.com/
Zaskoczyło mnie, jak wielu współczesnych malarzy stara się naśladować cechy fotografii (dokładność, detal, a czasem kadr, kompozycja), i ilu fotografów przejawia odwrotną tendencję. Prace zwłaszcza duetu Anderson & Law nasuwają skojarzenie z malarskim sposobem ujęcia tematu, np. pod względem dokładnego ustawienia modeli, równego oświetlenia, kolorystki, kompozycji. I przy tych pracach zastanawiałam się przed przeczytaniem opisu- czy dzieło powstało przy pomocy aparatu, czy też pędzla i farb.
Chciałam napisać więcej, troszkę o innych ekspozycjach w Galerii Portretu, ale zacinający się internet w połączeniu z wyjątkową topornością niniejszego bloga jeśli chodzi o zarządzanie prezentacją grafiki wykończyły mnie na dziś. Dorzucę coś przy okazji kolejnej wizyty. Wspomnę tylko jeszcze o jednej osobie której prace mnie zauroczyły:
Julian Opie stworzył swój autoportret za pomocą ekranu LCD i specjalnego oprogramowania.
Oddycha, i mruga, i może coś jeszcze, czego nie zauważyłam. Rozbraja prostotą.
Polecam przyjrzeć się twórczości:
http://www.julianopieshop.com/
http://www.julianopie.com
Jutro po powrocie z pracy postaram się napisać o innych ciekawych pracach, o których dziś już nie mam siły.
Dotarliśmy do Embankment Cafe, gdzie zrobiliśmy postój na lody i americanę (dzięki, chłopcy:*), zgarnęliśmy R, który właśnie skończył zmianę, i ruszyliśmy na podbój National Portrait Gallery.
Pierwsza ekspozycja którą obejrzeliśmy, to BP PORTRAIT AWARD 2012 and BP Travel Award 2011.
Nie mam pojęcia o współczesnym malarstwie portretowym, ani też - co za tym idzie- nie jestem wielką fanką powyższego. To co zobaczyłam absolutnie mnie zaskoczyło i zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Żadna z podlinkowanych prac NIE JEST FOTOGRAFIĄ.
Silent Eyes by Antonio Titakis. To dzieło robi tysiąckrotnie większe wrażenie w kontakcie bezpośrednim, niż na umieszczonej tu miniaturce. Wielkiego formatu obraz, zajmujący pół ściany, przedstawiający twarz kobiety na ciemnym tle, wygląda zupełnie jak zdjęcie. Sam pomysł namalowania czarno-białego portretu nasuwa skojarzenia z fotografią. Gigantyczna twarz jest odwzorowana w najdrobniejszym szczególe. Przyglądając się pracy z bliska trudno dostrzec ślady pędzla, widzimy jedynie perfekcyjnie odwzorowane piegi, pory skóry, włoski. Obraz pod tym względem jest niewiarygodnie realistyczny. Trudno uwierzyć, że to nie fotografia.
Lindsay Lohan by Ben Ashton. Mocny, realistyczny, naturalistyczny portret. Zero ściemy. Brutalne oddanie szczegółów. Żadnego upiększania.
Polecam więcej:
Więcej:
http://www.rupertalexander.com/
I teraz najpiękniejsza praca, zwyciężczyni BP PORTRAIT AWARD:
Malarka mówi o modelce:
‘The fact that she has known me since birth is extremely important. Her body is a map of her journey through life. In her, I see the personification of strength through an unguarded and accepting presence.’
Zostaję zagorzałą fanką Aleah Chapin.
Więcej - polecam!!!
http://aleahchapin.com/
BP PORTRAIT AWARD od 33 lat ma za zadanie wybrać i pokazać najlepsze współczesne malarskie portrety z całego świata. Tym razem mamy okazję zobaczyć 55 prac, wyselekcjonowanych przez jury spośród 2187 obrazów.
Wystawa trwa do 23 września.
Poza wystawą konkursową, mieliśmy okazję zobaczyć kilka kolejnych cykli. Jednym z nich jest ROAD TO 2012. Wystawa związana jest, oczywiście, z tegorocznymi Igrzyskami Olimpijskimi w Londynie. Gromadzi prace kilku fotografów, składa się z trzech części. Pierwsza, zatytułowana Road to 2012: Setting Out, pokazuje fotografie Briana Griffina & Bettiny Von Zweh. Część druga- Road to 2012: Changing Pace, to prace autorstwa Emmy Hardy & Finlay MacKay. Road to 2012: Aiming High, czyli trzecia część, zawiera zdjęcia wykonane przez Andersona & Low, Jillian Edenstein oraz Nadav Kander.
Wystawa trwa do 23 września.
Poza wystawą konkursową, mieliśmy okazję zobaczyć kilka kolejnych cykli. Jednym z nich jest ROAD TO 2012. Wystawa związana jest, oczywiście, z tegorocznymi Igrzyskami Olimpijskimi w Londynie. Gromadzi prace kilku fotografów, składa się z trzech części. Pierwsza, zatytułowana Road to 2012: Setting Out, pokazuje fotografie Briana Griffina & Bettiny Von Zweh. Część druga- Road to 2012: Changing Pace, to prace autorstwa Emmy Hardy & Finlay MacKay. Road to 2012: Aiming High, czyli trzecia część, zawiera zdjęcia wykonane przez Andersona & Low, Jillian Edenstein oraz Nadav Kander.
| Ruth MacKenzie / by Emma Hardy |
| Nathan Stevens / by Bettina Von Zweh |
| Martin Green / by Jillian Edenstein |
| William Funnell / by Finlay MacKay |
| Young Ambassadors / by Brian Griffin |
![]() |
| Kolorowe prace Nadava zaprezentowane były w formie naturalnej wielkości postaci wyciętych z tła. Jedną z takich postaci jest Diana Gould. -> |
| Diana Gould / by Nadav Kander |
| Hannah Whelan, Beth Tweddle, Jenni Pinches, Rebecca Tunney / by Anderson & Low |
Zaskoczyło mnie, jak wielu współczesnych malarzy stara się naśladować cechy fotografii (dokładność, detal, a czasem kadr, kompozycja), i ilu fotografów przejawia odwrotną tendencję. Prace zwłaszcza duetu Anderson & Law nasuwają skojarzenie z malarskim sposobem ujęcia tematu, np. pod względem dokładnego ustawienia modeli, równego oświetlenia, kolorystki, kompozycji. I przy tych pracach zastanawiałam się przed przeczytaniem opisu- czy dzieło powstało przy pomocy aparatu, czy też pędzla i farb.
Chciałam napisać więcej, troszkę o innych ekspozycjach w Galerii Portretu, ale zacinający się internet w połączeniu z wyjątkową topornością niniejszego bloga jeśli chodzi o zarządzanie prezentacją grafiki wykończyły mnie na dziś. Dorzucę coś przy okazji kolejnej wizyty. Wspomnę tylko jeszcze o jednej osobie której prace mnie zauroczyły:
Julian Opie stworzył swój autoportret za pomocą ekranu LCD i specjalnego oprogramowania.
Oddycha, i mruga, i może coś jeszcze, czego nie zauważyłam. Rozbraja prostotą.
Polecam przyjrzeć się twórczości:
http://www.julianopieshop.com/
http://www.julianopie.com
Jutro po powrocie z pracy postaram się napisać o innych ciekawych pracach, o których dziś już nie mam siły.
English Day No 3 / oxo@gallery
Potem wysiadłam la London Bridge, gdzie czekał na mnie już W. i gdzie odbyło się huczne przywitanie:)
Stamtąd ruszyliśmy spacerem na bulwary, w stronę Embankment Cafe, gdzie jest S., R., park, lody, kawa, a kawałek dalej - nasz cel- National Portrait Gallery.
Po drodze mijaliśmy mnóstwo atrakcji, na przykład wielkie kanapy ze sztucznej trawy, czy sympatyczne figurki postawione tu z okazji Paraolimpiady (16 maskotek wzdłuż Tamizy). Ciężko było sfotografować się w obu tych miejscach, gdyż były absolutnie oblężone przez dzieciaki- ale udało się :)
Przechodząc pod OXO Tower Wharf na południowym brzegu Tamizy nie omieszkaliśmy wstąpić do tutejszej gallery@oxo. Bardzo przyjemne, jasne, otwarte miejsce. Aktualna wystawia skupiona jest wokół tematu rzek świata: RIVERS OF THE WORLD, i została zorganizowana w ramach Thames Festival. To coroczna darmowa otwarta impreza, odbywająca się na ulicach Londynu, od 1997 roku. Mieszanka żywej muzyki, tańca, instalacji artystycznych, karnawału, street artu, etc.
Sama wystawa to zbiór prac uczniów z piętnastu krajów świata, z 208 szkół, w wieku 13-14 lat. Na specjalnych warsztatach z artystami powstawały prace, skupione wokół tematu rzek z ich ojczystego miasta, bądź miasta partnerskiego. Projekt odbywał się corocznie od 2006 roku, 11,500 uczestników wzięło w nim udział! W wyniku tego powstały tysiące prac, pięknych kolorowych obrazków, kolaży, przyciągających intrygującymi barwami, elementami i wzorami. W galerii zaprezentowana jest wybrana część zbioru. Byłam zaskoczona, że autorzy są tak młodzi.
Chętnie powiesiłabym niektóre w domu :)
Stamtąd ruszyliśmy spacerem na bulwary, w stronę Embankment Cafe, gdzie jest S., R., park, lody, kawa, a kawałek dalej - nasz cel- National Portrait Gallery.
Po drodze mijaliśmy mnóstwo atrakcji, na przykład wielkie kanapy ze sztucznej trawy, czy sympatyczne figurki postawione tu z okazji Paraolimpiady (16 maskotek wzdłuż Tamizy). Ciężko było sfotografować się w obu tych miejscach, gdyż były absolutnie oblężone przez dzieciaki- ale udało się :)
Przechodząc pod OXO Tower Wharf na południowym brzegu Tamizy nie omieszkaliśmy wstąpić do tutejszej gallery@oxo. Bardzo przyjemne, jasne, otwarte miejsce. Aktualna wystawia skupiona jest wokół tematu rzek świata: RIVERS OF THE WORLD, i została zorganizowana w ramach Thames Festival. To coroczna darmowa otwarta impreza, odbywająca się na ulicach Londynu, od 1997 roku. Mieszanka żywej muzyki, tańca, instalacji artystycznych, karnawału, street artu, etc.
Sama wystawa to zbiór prac uczniów z piętnastu krajów świata, z 208 szkół, w wieku 13-14 lat. Na specjalnych warsztatach z artystami powstawały prace, skupione wokół tematu rzek z ich ojczystego miasta, bądź miasta partnerskiego. Projekt odbywał się corocznie od 2006 roku, 11,500 uczestników wzięło w nim udział! W wyniku tego powstały tysiące prac, pięknych kolorowych obrazków, kolaży, przyciągających intrygującymi barwami, elementami i wzorami. W galerii zaprezentowana jest wybrana część zbioru. Byłam zaskoczona, że autorzy są tak młodzi.
Chętnie powiesiłabym niektóre w domu :)
English Day No 3 / Beomsik Won
Here we are.
Mam za sobą bogaty dzień pełen inspiracji, doświadczeń, spostrzeżeń, i po prostu miłych chwil nad "Wisłą" z Guinessem;)
Zaczęłam w pociągu, od powrotu do lektury zaległego licpowego numeru British Journal od Photography. Projekt, który mnie osobiście bardzo zainteresował, a który został zaprezentowany numerze, to ARCHISCULPTURE, autorstwa koreańskiego artysty Beomsik Won.
Artystę w Londynie zachwyciła mnogość stylów architektonicznych, mix fasad z różnych okresów historycznych. Won fotografuje ok 7-8 różnych budynków, a następnie przygotowuje misterne fotomontaże. Praca nad jednym dziełem trwa ok. miesiąca, ale efekty są tego warte.
Won tłumaczy, że jego obrazy mogą "reprezentować społeczną strukturę, ludzkie pragnienia, krytykę cywilizacji." Jednakże pracując nad każdym kolejnym dziełem, stara się zachować balans między przekazem a pięknem.
To, co jako pierwsze uderzyło mnie przy pierwszym spojrzeniu na fotografię, to intensywna wyrazistość i realistyczność, a także dziwne wrażenie samowystarczalności, ale i osamotnienia budynków. Artysta swoje dziwne hybrydy umiejscawia na opuszczonych terenach - pustyniach, rozległych trawnikach. Wycina je z naturalnego otoczenia. Wyglądają jak bajkowe potwory wyrzucone z książki do prawdziwego świata. Są na tyle realistyczne, że patrząc pierwszy raz na fotografie, jeszcze przed przeczytaniem opisu, dłuższą chwilę zastanawiałam się, czy te budynki istnieją naprawdę i są jedynie wycięte z miasta i naklejone na inne tło, czy to montaż. Do tego wszystkiego dochodzi zwyczajna przyjemność patrzenia na obrazy, są po prostu piękne. Wciągają pewnym dysonansem - z jednej strony czarno-białe, stonowanie, sprawiają wrażenie ostoi spokoju i poukładania, by po bliższym przyjrzeniu się dostrzec, z jak różnych elementów ułożony jest ten zewnętrzny spokój, ile sprzecznych rzeczy musiało zostać połączonych z chirurgiczną wręcz precyzją.
A to wszystko na tle pochmurnego nieba, ptaków, szarego milczenia.
Link do skanu artykułu:
http://www.wonbeomsik.com/articles.php
Ach, zapomniałabym wspomnieć- podobny wizualnie pomysł został wykorzystany przez Nicolasa Grospierre w projekcie "Dom, który rośnie" (21012) przy okazji eksponowanego właśnie w krakowskim Bunkrze Sztuki zbioru prac artysty MIASTO, KTÓRE NIE ISTNIEJE.
W sieci można znaleźć fotografie tej ekspozycji:
Architektoniczne hybrydy Grospierra są przedstawione w formie instalacji. Artysta umieścił elementy ekspozycji bezpośrednio na ścianie, zawieszone w próżni- są absolutnie pozbawione tła. Nie mają na celu ładnie wyglądać. Skłaniają raczej do refleksji nad kondycją dzisiejszej architektury użytkowej; nad tym, do czego doprowadzić może nadmierne skoncentrowanie się na funkcjonalności przy równoczesnym zignorowaniu względów estetycznych, a także- jak wszystkie prace tej wystawy- krąży wokół tematu utopuu.
Polecam gorąco wystawę na I piętrze Bunkra.
"Miasto, które nie istnieje" / Niclas Grospierre / kuratorka: Lidia Krawczyk / Bunkier Sztuki, 26.VIII.2012
piątek, 24 sierpnia 2012
czwartek, 23 sierpnia 2012
English Night No 2
Jeśli miałabym wyrazić i podsumować moje przeżycia dnia dzisiejszego, to zrobiłabym to na przykład tak... :)
enjoy it.
enjoy it.
English Evening No 2
Zrobiłam zakupy (stylowy zeszycik, seledynowe spodnie, baterie do aparatu:), byłam w London Brigdge, zobaczyłam wystawę fotografii i malarstwa Paula Whiteheada w Menier Gallery (w byłej fabryce czekolady:). Podobały mi się jego niektóre prace, zwłaszcza kolorowe szkice z okolic Brough Market, oraz fotograficzne portrety. Abstrakcje również przypadły do gustu. Sam artysta- bardzo sympatyczny mężczyzna, chętnie opowiadający o swojej pracy. Przyjmuje gości suto zastawionym stołem, pełnym zimnych przekąsek i wina musującego, mimo że wernisaż odbył się kilka dni temu. Lecz patrząc na ilość sprzedanych prac- z pewnością mu się to zwróci :)


Wieczór spędziłam na walce z komputerem: staram się założyć konto na polecanym przez K. serwisie LINKEDIN, ale kilkukrotne problemy przy załadowywaniu CV skutecznie uniemożliwiają mi sfinalizowanie czynności. Staram się również założyć konto w ELANCE, poleconym mi przez pewnego młodego boliwijskiego studenta poznanego na lotnisku- ale tu wyskakują mi jakieś dziwne uprzedzenia co do płatności- chyba już nie mam na to siły, zgłębię jutro - ktoś zna ten serwis??, rozkminiamy też online z Arkiem sens życia i tworzenia, - z mojej strony, póki co - bez większych sukcesów - ale to DZIŚ! A sukcesy zaczną się od jutra:)
Jutro bowiem spędzam caaały dzień z W., za którym szczerze się stęskniłam, i którego nieposkromiona radosna energia pozwoli mi jeszcze intensywniej zdobywać świat. A także spotkanie z S, który.. robi lody nad Tamizą:) Więc jutro dzień aklimatyzacji, szukania inspiracji.. i poznawania wroga;)
A póki co powalczę jeszcze trochę z programami i formatami- przygotowałam dziś materiał na małe multimedium za pomocą telefonu komórkowego, które montuję na swoim poczciwym laptopku. I tu raz jeszcze podziękowania dla Arka, który w ramach swojego pięknego projektu CHĘTNIE POMOGĘ odnalazł dla mnie w odmętach sieci programik PazeraFree, niezbędny do zrealizowania multimedialnego planu.
Mam tez nie multimedialne plany. Parę pocztówek, gazety do cięcia, klej, nożyczki. Zeszyt.
A także cztery aparaty. Dwa analogi, cyfra, i telefon!
Jednakże odwiedziłam dziś zakład fotograficzny w pobliskim Croydon i na wywoływanie klisz w UK chyba PÓKI CO mnie nie stać.. Ceny są powalające.
Więc szybko do tego miejsca nie powrócę. Mimo, iż obsługa- bardzo miła. I mają klisze 120stki FUJI! Nawet nie wiedziałam, że są takie w produkcji.
Na szczęście, wzięłam zapas negatywów z Polski. Na jakiś czas starczy:)
Upadam spać! Do jutra..:)
Where is Gazinku?
ENGLISH MORNING NO 1
-----------------------------
----------------------------
----------------------------
śniadanie w słońcu, humus i pomidory
obserwuję wiewiórki w ogrodzie
słyszę nad sobą samoloty
zakładam bloga, szukam informacji o szkołach, ściągam audiobooki -
The Adventures of Sherlock Holmes
posłucham sobie, idąc do Croydon, po baterie do aparatu, pocztówki do kolaży, i może nowe słuchawki, bo te moje, które mam od miesiąca, już szwankują. I po jakiś zeszyt. I spodnie..?:)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


























