czwartek, 20 września 2012

English Day No 31

Krótko:
wczoraj poznałam dużą część mych sąsiadów i współmieszkańców.
Więc, na pewno: Meksyk, Francja, Argentyna, Węgry, Rumunia, Wielka Brytania, Australia, RPA i Hiszpania. Spędziliśmy wieczór przy bilardzie, a potem na tarasie, a potem poszłam spać żeby wstać do pracy.

Dziś dużo zobaczyłam, i o tym napisze jutro, bo już późno.
Adam zgarnął mnie z pracy i poszliśmy do Muzeum Designu. Zobaczyliśmy trzy aktualne wystawy - już po godzinach, więc nie wszystkie instalacje działały, ale za to bardzo miło i dzięki A.- bez biletów. Zachwyciło mnie kilka rzeczy, zachwyciła mnie okolica, rzeka, widoki, budownictwo, wnętrze Muzeum- ale o tym jutro.


Na kolację poszliśmy zjeść obiecane koreańskie BBQ, do OLD JUSTICE. Piękne miejsce w zupełnym zakamarku, z super jedzeniem. W blacie każdego stolika jest ukryty mały grill. Jest koreańskie piwo. A żarcie- po prostu- palce lizać. Ja jadłam cienkie plastry wołowiny marynowane w sosie sojowym, grillowane z czosnkiem, pieczarkami i jakimiś śmiesznymi grzybkami o nieznanej mi nazwie. Podane z ryżem, przystawkami (kiełki, kapusta pekińska na ostro) i dwoma ostrymi dipami.


Dokończyliśmy pogaduchy w typowym cichym angielskim pubie, gdzie nie mam muzyki, na każdym stole czekają podstawki, barman polewa kilkanaście lokalnych piw, a wnętrze wygląda jak wnętrze domu. Mało ludzi i przytulnie. Z okna widok na odległy London Bridge.

miejsce nazywa się ANGEL

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz