W Polsce podobno już jesień.
A tu upalne lato właściwie odkąd przyjechałam.
Tylko wieczory wietrzne a noce lodowate.
Jak na pustyni:)
Stałam dziś w połowie Waterloo Bridge, zbierało się na odpływ, wiał wiatr i raziło mnie niskie słońce. I nagle poczułam falę tak słodkiego, wszechogarniającego, oszałamiającego poczucia absolutnej wolności, że aż wzruszenie ścisnęło mnie za gardło.
Czy kiedykolwiek byłam tak absolutnie wolna, jak teraz?
---
Kupiłam dzisiaj najbrzydszą najpodlejszą rzecz na świecie.
Kosztowała jednego funta i wygląda tak:
Dla jasności: nie, ten szary prostokąt to nie ekran, tylko płaskorzeźba imitująca tenże; i możemy dostrzeć tu także pewne innowacyjne rozwiązanie technologiczne, polegające na przytwierdzeniu słuchawek na stałe- nie są wymienne. Radio (bo jest to radio), ma również niewymiennie baterie (chyba że ktoś wyrwie tę śrubkę) oraz bezproblemową wagę, porównywalną do wagi jednego niedużego winogrona. Kabel słuchawkowy jest również nie za długi, zasadniczo nie pozwala schować sprzętu do kieszeni spodni, mając jednocześnie słuchawki w uszach. Ale odbiera czasem parę kanałów, i z słuchawek wydobywa się dźwięk. Przynajmniej dzisiaj się wydobywał, a zobaczymy, jak poradzi sobie jutro. Moje Biedactwo:)
Kupiłam również najtańszy w okolicy aparat cyfrowy. Jest małą kupką plastiku (pół mojej dłoni), wygląda i waży tyle co pusta mydelniczka, i nie posiada funkcji przesłonięcia obiektywu. Ale jak widać, ma funkcję pokazywania daty i czasu- zawsze coś:) na razie szukam dla niego imienia. Od jutra będziemy nierozłączni:)
Spędziłam dziś wieczór nad Tamizą, patrząc i słuchając i czując.
I w Tate w dziale książek. Oglądałam godzinami. Albumy, magazyny. Chciałam coś kupić. Nie umiałam się zdecydować. Wszystko bym chciała! Nie kupiłam - nic. Za dużo tego jest, za dużo! I każda pozycja- zapierająca dech w piersiach...
A - obiecałam napisać o nowym lokum, więc.
W poniedziałek zamieszkam w kamienicy, w której jest 21 pokoi, 6 łazienek, 6 kuchni, wspólny parter z wielkim telewizorem, barkiem, kanapami, stołem bilardowym, flagami i plakatami, i regalem pełnym książek; dwa wielkie balkony z sofami, fotelami, kominkiem/ grillem; w domu, w którym mieszka kilkudziesięciu młodych przyjezdnych z całego świata: Europy, Australii, Ameryk, Afryki, Azji, i gdzie 7 dni w tygodni przychodzi sprzątaczka. Przez okno będę miała widok na park, będę mieć wielką starą szafę, ścianę z którą mogę zrobić co zechcę, lodówkę i francuskie współlokatorki. I kilka minut busem do stacji metra, i metro prościutko pod pracę. Pół godziny jazdy. Południowy Londyn. Tooting Broadway :)
Brand New Life.
Wracając dziś pociągiem, zabrałam Metro z siedzenia.
Zawartość dzisiejszego numeru - specjalnie dla Moich Czytelników!
Popatrz psu w oczy, i usłysz, jak szepce: dobranoc!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz