Ach, nie wiem kiedy wreszcie opiszę te wszystkie wystawy, które zobaczyłam. Zwłaszcza że dochodzą kolejne. Wczoraj po pracy poszłam do National Gallery rzucić okiem. Budynek robi imponujące wrażenie, wraz z zawartością. Naprzeciwko Słoneczników Van Gogha wisi Cezanne. Jest Turner i Monet., i Picasso. Wszystko na wyciągnięcie ręki, prawie czuć fakturę. Większość czasu spędziłam przy impresjonizmie. Muszę przemyśleć, czemu akurat impresjonizm lubię tak bardzo.
Potem spotkałam się z Adamem i pojechaliśmy do V&A Muzeum, zobaczyć Haetherwicka, którym tak marzyłam, i na którego bilet kupiłam w poniedziałek.Strasznie dużo ludzi, i to bardzo przeszkadzało w odbiorze, ale pewnie dlatego, że to ostatnie dni tej dużej wystawy. Prace Heaterwicka są genialne. Jego zwijane mosty. Pocztówki świąteczne. Mosty ze szkła. Pawilon na Expo. Wszystko jest genialne.
Po muzeum pojechałam na urodziny Nury, było wesoło i kolorowo.
Dziś w pracy był dzień katastrof. Win cały czas siedział w toalecie ze względu na zatrucie po wczorajszej imprezie, Michał się oblał wrzątkiem, ja kopnęłam się tym samym kolanem w tą samą nogę od stołu co wczoraj... Po pracy poszłam biegać, wstawiłam pranie, kładę się spać. Na dole oglądają mecz, nie będzie filmu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz