niedziela, 7 października 2012

English Day No. 48

Długo nie pisałam. Więc cóż, w skrócie?
W trakcie tygodnia byłam grzeczna. Pozałatwiałam trochę spraw,  których nie warto pisać, pracowałam.
Weekend za to był absolutnie intensywny.

W czwartek zaplanowałam sobie wieczór przy komputerze, ale gotując żarcie wpadłam na Henrego, i wieczór zszedł na wspólnym spożyciu mojej kolacji i długich rozmowach. Henry zwiedził kawał świata i ma tysiąc historii w głowie.

W piątek poszliśmy z Guillaume i Dyulo do pubu po pracy. Potem spotkałam się z Tomem, którego poznałam dwa lata temu w Serbii na festiwalu trąbki z Gucy, i który mieszka koło Londynu. Było to niezwykle ciepłe i fajne spotkanie, które zresztą przedłużyło się znacznie, ponieważ dostałam od Henrego (gospodarza naszej wesołej kamienicy) smsa z informacją, że jest na imprezie w klubie, i że "wszyscy tam są", i że by było fajnie jakbym dołączyła. Więc zwinęliśmy się z Tomem z okolic Strand, by już przez otwarte bramki (czyli za darmo) ruszyć w nocną deszczową eskapadę do Croydon, gdzie ów intrygujący klub pod wiele mówiącą nazwą BLACK SHEEP się mieści. Dotarliśmy tam po północy, i rzeczywiście, większość ludności zapełniającej parkiet stanowili moi sąsiedzi. Tańce przeciągnęły się do 4.30, kiedy to cała ekipa wsiadła w autobus do domu, zajmując prawie całe piętro. Impreza przeniosła się chyba do livingroomu - nie wiem, ja padłam spać.

Rano miałam jechać z Henrym do Brighton, na PhotoBiennale. Niestety Henry po imprezie dość ostro zaspał, a kiedy wsiedliśmy do samochodu ok 13 doszedł do wniosku, że dalej nie jest zbyt trzeźwy i zdecydowaliśmy się przenieść wyjazd na inny dzień, możliwe, że czwartek. Festiwal trwa miesiąc, więc jeszcze jest czas.

Wczoraj za to wytańczyłam się do muzyki którą naprawdę lubię i czuję, czyli - udało nam się wreszcie z Guillaume dotrzeć na wymarzoną salsę do SALSA FUSION. I, nie da się ukryć, to była intensywna noc pełna wrażeń. Klimat panował tam nieziemski. Na początku - nauczyciele pokazują kroki i uczą gości podstaw, a potem salsoteka do drugiej w nocy. Cały olbrzymi klub po brzegi wypełniony kolorowymi uśmiechniętymi ludźmi, i muzyką, przy której nie da się ustać przez pięć minut. Miałam szczęście, bo dorwał mnie pan z Hongkongu, który tańczy od kiedy skończył 4 lata, i bardzo dużo mi pokazał. Z Guillaume również świetnie czułam się na parkiecie, choć oboje nie umiemy jeszcze zbyt wiele, ma świetne wyczucie rytmu i pięknie się porusza. I do tego nauczył się zdrabniać moje imię i robi to naprawdę uroczo. Uważa, że Grażynka brzmi dużo ładniej i bardziej słowiańsko, niż Grażyna. W sumie to się z nim zgadzam.

Mam nadzieje, że salsoteki wejdą w mój stały cotygodniowy rozkład. Wczorajsza noc była jedną wielką radością i szaleństwem. Resetem, jakiego potrzebowałam.



Dziś w pracy nie było lekko, po takim weekendzie- ale nie mogłam sobie odmówić przyjemności pogrania z Winem w pingponga po południu. Tym razem szliśmy łeb w łeb. Wraca stara wprawa:)

Ruszyłam z projektem 2BLikeALondoner. Wrzuciłam ogłoszenie dwa dni temu na gumtree. I dostałam już 6 maili z gotowością wzięcia udziału! Magia, cieszę się, że jest odzew i że jest zainteresowanie. Bardzo różni ludzie napisali, i to też jest świetne. Boję się tylko, jak sobie to pogodzić z zarabianiem na życie. Muszę rozejrzeć się za za jakąś inną pracą, lepiej płatną, i przejść na pół etatu, bo brakuje mi czasu na prawdziwe życie!!! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz