wtorek, 9 października 2012

50 Angielski Dzień czyli jubileusz?

Trzeba być coś napisać, bo to 50 dzień i od jutra planuję przestać regularnie odwiedzać blog. Choć może zajrzę tu jeszcze czasem, jeśli poczuję potrzebę powiedzenia czegoś od siebie :)

Wczorajsze przeziębienie przegnałam pracą. I grzanym piwem z miodem i imbirem wczoraj wieczorem, które zrobiło w naszym domu błyskawiczną karierę (zwłaszcza, że większość ekipy spędzała ten zimny wieczór pod kocami na tarasie). Nikt z obecnych nie miał do czynienia do tej pory z takim wynalazkiem.

A dziś po pracy graliśmy z Guillaume i Winem w pingponga. Tym razem przegrałam z kretesem.

Odwiedziłam dziś po raz pierwszy polski sklep. Mam ich pięć między domem a metrem (a odległość ta to jakieś 20 minut spacerem), nie wiem ile kolejnych w inne strony, w każdym razie jest ich tu dużo. A złamałam swoje postanowienie nie odwiedzania polskich sklepów z powodu głębokiej potrzeby zakupu syropu malinowego:). I obaliłam przy okazji słowa Adama (że sklepy polskie to taka mała Polska w Londynie- wchodzisz i mówisz DZIEŃ DOBRY i wszyscy są Polakami). W moim polskim sklepie cała obsługa jest... indyjska. Pewnie dlatego, że cała dzielnica to "mały Bombaj"- nawet polski sklep jest indyjski.

Po pingpongu skoczyliśmy na szybkiego guinessa z Guillaumem do naszego ulubionego pubu, który w tłumaczeniu brzmi coś jak "Ptasie Gniazdo", i zdecydowaliśmy, że chcemy naprawdę nauczyć się salsy. Będziemy chodzić regularnie na lekcje. Jaram się :)

No i tak to u mnie wygląda. Wróciłam z pracy, rzucam okiem na pocztę - bloga - fejsbuk, zjadam pół paczki humusu z jalapeno :) i idę wziąć prysznic. Może jakieś film w livingroomie, albo bilard. Albo coś. Alb nic, tylko spać... zobaczymy :) Ściskam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz